Rozdział I: Wizje cz. 2

          Czuł okropne wyczerpanie, więc od razu po powrocie położył się do łóżka. Zasnął natychmiast. Znów miał koszmar...

          Najpierw ujrzał twarz, rozpoznał ją od razu, choć była trupioblada i pozbawiona rumieńców. Błękitne oczy straciły blask, stały się matowe i puste.
          Jakby martwe. Pomyślał zdjęty grozą.
          Rozchylone w urwanym krzyku wargi zsiniały. 
          Rozczochrane włosy odchodziły od głowy na wszystkie strony, upodabniając ją do słońca.
          Dziewczyna leżała na betonie, prawdopodobnie na placu albo ulicy. Wewnętrzny głos podpowiadał Grześkowi, że nie powinien oglądać tej sceny. Lecz obraz przesuwał się sam.
          Dostrzegł słabe ślady palców na jej szyi. Szare plamki wyglądały tak, jakby niechcąco umazała się węglem. Czarna koszulka była rozdarta. Na odsłoniętej prawej piersi zauważył nacięcia. Krew wypływająca z ran zdążyła już zaschnąć.
          Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że linie tworzą gwiazdę. 
          Dziewczyna leżała w czerwonej kałuży, która stale zwiększała objętość. 
          Grzegorz nie był lekarzem, ba, nawet nie lubił biologii, ale na jego oko krew nie powinna była już wypływać - dziewczyna wyglądała na martwą. Tymczasem płyn wciąż sączył się, nie wiadomo skąd. 
          Nie chciał na to patrzeć... 
          Nagle jej powieki drgnęły. 
          Żyje. Boże, co za ulga
          Dziewczyna gwałtownie usiadła i nim zdążył zareagować skoczyła na niego, przewalając go na plecy. 
          Wgryzła się w jego tętnicę szyjną. Jednak, w odróżnieniu od wampirów nie piła krwi, tylko rozrywała mięso poszerzając otwór.
          Mordowała go, a on nie mógł nawet podnieść rąk, bo blokowała go tajemna siła. 
          Dałby wszystko żeby móc się teraz obudzić... 
          Puls przyspieszył. Serce tłukło się w klatce piersiowej. Kończyny powoli drętwiały. T-shirt przesiąknięty był krwią. Czuł jej masowy upływ, a także ciepło i lepką wilgoć wkradającą się pod plecy.
          Oderwała się od niego i spojrzała mu prosto w oczy, a potem nastała ciemność i okrutny ból. 
          Dziewczyna szybkim, zdecydowanym ruchem wepchnęła palce w jego oczy. 
          Poczuł miliony igieł wbijających się w mózg. 
          Potem zacisnęła palce, dokładnie oplatając gałki oczne. Wyrwała je brutalnym szarpnięciem. W powietrzu zawisły strzępki nerwu wzrokowego. Uśmiechnęła się, zbliżając brązowe oczy Grzegorza do ust...   

          Poczuł ból, który był aż nadto fizyczny. Ktoś wymierzył mu policzek. Przez chwilę przeląkł się, że to zjawa ze snu. Usłyszał własny krzyk. Bał się otworzyć oczy, ponieważ był przekonany, że ujrzy tylko ciemność. 


          - Grzesiek spokojnie! Już wszystko dobrze, to tylko zły sen. Otwórz oczy. - Kobieta z całych sił nim potrząsała. Krzyk nie milknął -  Och, Grzesiek proszę cię! Przestań krzyczeć, na litość boską! Nic ci nie grozi a krzyczysz jakby ktoś cię obdzierał ze skóry!


          Zaraz, zaraz... Znał ten głos. 


          - Jezus, Kaśka! Przestraszyłaś mnie!
- Ciebie? To ja się przeraziłam. Darłeś się tak, że słychać było aż z ulicy. Dobrze, że nie masz w zwyczaju zamykać drzwi na klucz. Kiedy wbiegłam rzucałeś się po łóżku jak wariat. Cholera,nie mogłam cię dobudzić! - Spojrzała na niego oskarżycielsko. - Znowu ten sam sen?
- Chciałbym! Ten był jeszcze gorszy... - I wszystko jej opowiedział.


          Grzegorz przyjemnie spędził popołudnie i wieczór. Wygadał się, więc mu ulżyło, a potem wspólnie ugotowali obiad. Szybko przestał się złościć na to, że Kaśka znowu wchodzi w jego życie w swoich psychologicznych butach.
          Kiedy dochodziła dwudziesta druga wpadł w panikę. Wyglądało na to, że kobieta nie zamierza wychodzić.
          Podenerwowanym głosem rzucił luźną uwagę, że jest już strasznie późno, a jutro oboje muszą wstać do pracy. Obdarzyła go zdziwionym spojrzeniem, dlatego dodał, że powinna iść do domu i odpocząć, zmarnowała cały dzień na niańczenie dorosłego, który ma podobne koszmary jak pięciolatek śniący o potworze z szafy. 
          Uwaga ta niezmiernie ją rozbawiła, ale nadal siedziała w fotelu. 
          Domyślił się, że czeka na wizję i czuł z tego powodu wielkie zakłopotanie. To, co się z nim działo, powoli wymykało się spod kontroli. Bał się, że może stanowić zagrożenie dla innych osób, a nie chciał żeby komuś, a zwłaszcza Kasi, stało się coś z powodu tych durnych przywidzeń.
          
          Od jakiegoś czasu sam przed sobą przyznawał, że jest chory psychicznie. Po prostu nie było innego wytłumaczenia. Nie wierzył w zjawiska paranormalne i nie zamierzał zmieniać zdania. Był całkowicie świadomy tego, że w jego mózgu mogła rozwinąć się jakaś paskudna choroba, może to nawet guz? Ciągle dźwigał na barkach grzechy przeszłości, więc może właśnie teraz przyszło mu za nie zapłacić? Fakt, że nie ma problemu, nie oznacza, że zniknął całkowicie, jakby nigdy go nie było. Tak samo kiedy wychodzisz z pustyni to pył i piasek wciąż pozostają na twoich butach, dopóki ich nie zmyjesz...

          Kaśka nie wyszła, a on nie potrafił jej wyrzucić, dlatego, gdy zbliżała się TA godzina, siedzieli obok siebie w fotelach przedzieleni jedynie małym, szklanym stolikiem do kawy. 
          22.21. Grzegorz poczuł znajome łupanie w głowie i zaciskanie obręczy na płucach. Zerknął na Kaśkę. Dłonie zrobiły mu się mokre. Dlaczego ta głupia baba nie może zostawić go w spokoju? 
          Zachwalane w telewizji tabletki uspokajające nie działały. Niepotrzebnie wydawał tyle forsy - i tak nie miał jej zbyt wiele.
          Denerwował się zwłaszcza dlatego, że nie siedział w swoim ukochanym fotelu, ponieważ ten dziś zajęła Katarzyna. Czuł się nieswojo. Tamte miękkie obicia i wysiedziane siedzenie uspokajały go, tuliły w swych ramionach i sprawiały, że dziewczyna z wizji stawała się niegroźna. Tamten fotel to opoka i sprzymierzeniec. W tym, w którym siedział obecnie, wszystko mogło się zdarzyć. Dosłownie wszystko! 

          Zaczęło się równo o 22:22. Tylko, że tym razem energooszczędna żarówka w zielonym żyrandolu zaczęła przygasać i rozbłyskać w sposób niekontrolowany... Dostał gęsiej skórki. 
          Kiedy usłyszał muzykę, odruchowo spojrzał na psa... Ich oczy się spotkały, a zaraz potem Ares podkulił ogon i uciekł do przedpokoju. Cóż, jego zachowanie nie było pokrzepiające. 
          Po kilku akordach "Highway to Hell" wyrosła przed nim postać pięknej, młodej dziewczyny. 
          Po ostatnich koszmarach zaczął się zastanawiać, ile mogła mieć lat... 17? 18? Jej nieskazitelna uroda nie pozwalała oderwać oczu, a jednocześnie ten ubiór i jawny bunt prowokowały dystans.
          Błękitne oczy lśniły pełnią życia, ale też niewypowiedzianego strachu. Jakże miło było ujrzeć je pozbawione martwej pustki. Policzki miała zaczerwienione, a czoło zdobiła poprzeczna bruzda świadcząca o intensywnym rozmyślaniu i poważnym problemie do rozwiązania. Prosta grzywka opadała na czoło. Pełne wargi koloru truskawek uśmiechały się niepewnie -przyjacielsko, ale też z lekkim zniecierpliwieniem. Przy tej czynności w policzkach dziewczyny tworzyły się dołeczki. W uszach miała srebrne kolczyki w kształcie szpikulca. Oczy mocno podkreślone. Tworzyło to efekt zalotnego spojrzenia. Ubrana była w czarny sweter, czerwone szorty i glany. 
          Tak samo jak od paru miesięcy nie mówiła nic, jedynie stała czujnie w niego wpatrzona, oddalona o niecałe pół metra. 
          Odwrócił głowę w stronę Kaśki, lecz ona najwyraźniej nie widziała widma, bo uśmiechnęła się do niego serdecznie. Ale czy nie dostrzegł w jej spojrzeniu nutki politowania? Musiała zauważyć pot na jego skroniach i drżenie rąk. Dziewczyny jednak nie widziała, bo wtedy nie emanowałby z niej ten stoicki spokój. 
          Czy to możliwe, że tylko on ją widzi? Grzesiek od razu skarcił siebie w duchu. Przecież nie tak dawno zaakceptował własną chorobę, a teraz szuka wymówek i usprawiedliwień, żeby tylko udowodnić sobie, że dziewczyna to nie jest wytwór jego wyobraźni... 
          22.59... Jeszcze minuta. Grzegorz odliczał w myślach i przygotowywał się na to, co zawsze. Standardowo śledząc najcieńszą wskazówkę zegara puszczały mu nerwy. Pomyślał nawet, że przez to wszystko niedługo zejdzie na zawał. Co zbytnio by mu nie przeszkodziło, miał już dość swojego nędznego życia.
          23.00. Dziewczyna nagle się ruszyła. Nieznacznie, ale jego wyczulony umysł to zarejestrował. Można by rzec, że sztukę reagowania na jej ruch opanował do perfekcji. Potem dziewczyna rzuciła się w jego stronę z demonicznym krzykiem, wyciągając ręce do jego szyi. Ciszę rozdzierał straszny, wydłużony wrzask, który docierał do mózgu Grzegorza wywołując dreszcze i gęsią skórkę, układając się w dwa słowa: „Pomóż mi!!!”. 
          Po czym nagle, równo po minucie wszystko cichło, a widmowa postać znikała.

          Nie chciał wystraszyć Kasi, ale nie mógł zapanować nad przyspieszonym oddechem i mimowolnym jękiem. 

          - To znów się stało, prawda? - Spytała niepewnie.
- Tak. Czy ty...
- Nie. - Przerwała mu natychmiast wyraźnie poruszona. - Niczego nie widziałam, ani nie słyszałam. Czy Ares uciekł, bo ją wyczuł? Wiem, że zwierzęta inaczej postrzegają rzeczywistość.
- Być może, ale nie on. Ares tego nie czuje. Pierwszy raz tak się zachował... Prawdę mówiąc uciekł, kiedy spojrzałem mu w oczy. - Grzegorz smętnie zwiesił głowę. Właśnie przyznawał się przed dziewczyną, która go pociągała, że jest wariatem.
- Zauważyłam. Jeśli mam być szczera... Też miałam ochotę uciec. Wyglądałeś okropnie. Grzegorz... Nie chcę, żebyś pomyślał o mnie źle, ale sądzę, że przydałaby ci się pomoc... - Już otwierał usta w kontrargumencie, ale nie dała mu dojść do słowa. - Nie przerywaj. Zdaję sobie sprawę, że odwiedzasz różnych specjalistów i terapeutów. W końcu tak się poznaliśmy. Ale tę historię znasz doskonale... Grzesiek, myślę, że powinieneś na chwilę oderwać się od codzienności. Nie oszukujmy się żyjesz w wielkim stresie i chyba przestajesz sobie z tym radzić, dlatego sądzę, że powinieneś wziąć urlop i udać się na parę tygodni do kliniki...
- Sugerujesz, że powinni mnie zamknąć w psychiatryku, tak?! - Krzyknął oburzony. Tego było za wiele! Wcale jej nie zapraszał na wieczorny seans z cyklu "Dzień z życia wariata", sama się wprosiła, kiedy grzecznie ją wypraszał! 
- Spokojnie. To nie tak...
- A jak?! - Zobaczył w jej oczach dziki strach i od razu pożałował braku samokontroli. Teraz faktycznie myślała, że oszalał. Niedobrze, bardzo niedobrze. Źle to rozegrał. Policzył szybko do dziesięciu i nieco spokojniej kontynuował: - Najmocniej cię przepraszam Kasiu. Widzisz, ta cała sytuacja strasznie mnie irytuje. Ten wybuch nie był potrzebny, wybaczysz mi?
- Właśnie o tym mówiłam. Nie panujesz nad sobą.
- Nieprawda! 
- Będę się już zbierać. - Wyczuł w jej głosie dystans, chłód i zdenerwowanie. Wstała, sięgnęła po torebkę i dodała: - Przemyśl sobie to, co ci powiedziałam. - Napięcie w pokoju było niemal namacalne, a mimo to zdobyła się na słaby, lecz wciąż czarujący, uśmiech. Była niesamowita! - Na razie, trzymaj się! Odezwę się do ciebie.

          Skończyła zdanie i po prostu wyszła, nawet na niego nie patrząc i nie czekając na odpowiedź.
Wszystko spieprzyłem! Ogarnął go gniew. Idiota, idiota, idiota!!! W dodatku powiedziała, że się odezwie, a w świetle statystyk oznaczało to, że nie miał co liczyć na telefon albo wiadomość. Spławił dziewczynę w najgłupszy możliwy sposób i został sam ze swoim szaleństwem.
          
          Wziął kilka tabletek uspokajających w dawce nieco większej niż zalecana, ale i tak leżał w łóżku nie mogąc zasnąć. Głowa pękała mu od natłoku myśli. Och, już wolałby najgorszy koszmar, byleby tylko przestać się nad sobą użalać!
          Sumienie atakowało ze wszystkich stron, niemiłosierne i okrutne. W pewnej chwili naprawdę zaczął przyznawać Kaśce rację. Już wcześniej psychiatrzy sugerowali mu chorobę, ale usilnie się przed tym bronił, zmieniając lekarzy. Stawał się niebezpieczny. Ludzie tacy jak on nie powinni beztrosko chodzić po ulicy.
          Nagle ogarnęła go wizja białego pokoju bez klamek. W oknach tkwiły grube, żelazne kraty, a za nimi rozciągał się las. Typowy widok, przecież wiadomo nie od dziś, że nic tak nie wycisza i nie uspokaja jak bliskość przyrody. Zapewne obok szpitalnego łóżka z nieskazitelnie białą pościelą i przytwierdzonymi do boków pasami, stałaby biała szafka z zaokrąglonymi kantami...
          Panowała tutaj niewyobrażalna pustka. Wszechobecna biel go dobijała, otworzył drzwi i znalazł się w świetlicy. Było tutaj tłoczno od innych pacjentów. Śmiali się głośno, a niektórzy krzyczeli lub wydawali nieartykułowane dźwięki. Ich twarz odzwierciedlała istny obłęd, a nienaturalnie wielkie oczy latały rozbiegane. Czuł się tam jak w klatce. Wkrótce i on zaczął krzyczeć. Odwrócił się chcąc uciec, wrócić do tego brzydkiego białego pokoju, lecz w drzwiach tkwił zamek magnetyczny a w oknie obok kraty. Widział korytarz po drugiej stronie i dyżurkę pielęgniarek. Dopadł z pięściami do okna i zaczął w nie walić. Cholera jasna, czemu tutaj wszystko jest białe?! W głębi duszy czuł się brudny. Nie pasował do tego miejsca! 
          Nawet nie zauważył, że pacjenci zastygli w bezruchu i wpatrywali się w niego nie oddychając. Z ich ust powoli wypływała strużka śliny. Dostrzegł w ich źrenicach diabelski błysk, a tęczówki przybrały wściekle czerwony odcień. W jednej sekundzie rzucili się w jego stronę a było ich około stu. Stu rozwścieczonych, głodnych, śliniących się, krwiożerczych zombie! Doskoczył do drzwi. Szarpał za klamkę, doskonale wiedząc, że bez karty magnetycznej nic nie zdziała. Bębnił w drzwi i wrzeszczał najgłośniej jak potrafił, aż jego głos przerodził się w wysoki, dziewczęcy pisk. Zamilkł, rumieniąc się ze wstydu, lecz po chwili przypomniał sobie, co ma za plecami. Niestety było już za późno. 
          Dorwali go i zaczęli szarpać. Rozerwali białe szpitalne ubrania. Paznokciami podobnymi do szponów rozdzierali skórę na rękach i plecach. Poczuł przeszywający ból i ostre zęby wpijające się w kark. Lekko odwrócił głowę i spojrzał na chorych, lecz  zamiast ludzkich twarzy ujrzał zwierzęta. Porośnięte futrem z potężnymi kłami. Sapały nieludzko. 
          Jego puls osiągnął poziom maksymalny, a krzyk zanikł w gardle, tak spanikowany nie był nigdy...

          I wtedy się obudził. W swoim mieszkaniu, w swoim łóżku, drżąc na całym ciele i pływając we własnym pocie... 
          A więc jednak zasnął. Bądź co bądź sen był zbyt realistyczny, jakby śnił na jawie. Brrrr... Coś okropnego. Nigdy więcej nie weźmie takiej dawki psychotropów. 
          
          Kiedyś za czasów studenckich bawił się różnymi dziwnymi substancjami. Skutki tego odczuł później. Zniszczył sobie życie dla kilku chwil przyjemności. 

          W każdym razie wiedział, co to bad trip i umiał go teraz rozpoznać. Wstrząsnął nim dreszcz. Nie mógł dopuścić do powrotu przeszłości, nie mógł znów popłynąć... Kaśka miała rację. Powoli sobie nie radził. 
          Zaparzył kawę i przesiedział przed telewizorem do świtu. 
          Podjął decyzję.
          Dzisiaj pójdzie do wuja Sama i wręczy mu wypowiedzenie. Na bezpłatny urlop nawet nie liczył, więc rezygnacja to jedyne wyjście. Chociaż znając wujka i pamiętając o tym, jaką wyświadczył Grześkowi przysługę, organizując mu nowe życie, ten nie liczył na nic innego niż na dyscyplinarkę. Trudno. Potem wróci do domu i poszuka najbliższy szpital psychia... Nie! Nie najbliższy! Poszuka najlepszej kliniki psychiatrycznej w województwie i tam postara się uporać z samym sobą. Na pewno spotka kompetentną kadrę lekarzy, którzy w końcu rozwiążą wszystkie jego problemy.

          Rano, po wypiciu kolejnej mocnej kawy, pojechał do wuja i złożył wypowiedzenie. Nie podał powodów, rzekł tylko wymijająco, że wyjeżdża i wyszedł.

          W drodze do domu wpadł w paranoję. Wydawało mu się, że wszyscy ludzie, a nawet zwierzęta, patrzą na niego dziwnym, przeszywającym na wskroś wzrokiem, szepcząc potem dyskretnie za jego plecami: „Widziałeś tego mężczyznę? To wariat. Lepiej dobrze go zapamiętaj i uważaj na siebie”. Oh, był niemal pewny, że to właśnie mówią!

          Po powrocie do mieszkania obdzwonił znajomych. Robił to z ciężkim sercem, ale musiał oddać Aresa. Nie wiadomo, jak długo potrwa jego leczenie. Lecz koledzy, albo nie chcieli mu pomóc, albo nie mieli warunków, niektórzy byli uczuleni, a znaleźli się i tacy, którzy wymawiali się małymi dziećmi. Tak więc chcąc, nie chcąc odwiózł swojego najwierniejszego przyjaciela do schroniska. Uronił przy tym łezkę, nawet dwie. Spędzili razem tyle pięknych miesięcy... Miał go od szczeniaka. Biedną psinkę ktoś wyrzucił na śmietnik. Grzegorz pamiętał tę noc, gdy wracając z kina usłyszał ciche skomlenie spod sterty czarnych worków. Boże, przecież on tego psa karmił butelką! No cóż, musiał go oddać, po prostu musiał.
          Potem w Internecie wyszukał klinikę. Najlepsza znajdowała się w Starogardzie Gdańskim – jakieś 200 km na północ, poza granicami województwa, w którym obecnie mieszkał. Jednak z opisu wynikało, że ośrodek jest bardzo dobry a kadra kompetentna.
          Zadzwonił tam i umówił się na wizytę. Recepcjonistka miała bardzo miły głos i rozmawiając z nią czuł się ważny. Dodatkowo dopisało mu szczęście, bo akurat trafił na wolne miejsce, więc mógł zgłosić się już za tydzień. 
          Im szybciej, tym lepiej. Wrócę wcześniej i naprawię relacje z Kaśką. Jezus, Maria! Ja się jej nawet oświadczę! Tylko niech najpierw nareperują moją głowę.

          Niecały tydzień zajęło mu znalezienie lokatora. 
          Opłacił zaległe rachunki, rzeczy osobiste zamknął w piwnicy, podpisał umowę najmu, spakował się i ruszył w podróż po nową psychikę. 
          W tym czasie Kaśka nie odezwała się ani razu. Nie chciał dzwonić pierwszy, obawiał się odrzucenia, a tak przynajmniej cierpiał mniej. Chociaż i tak nie odjeżdżał bez sentymentów. Ona tu zostanie, a go nie będzie... I nawet jej nie powiedział, co do niej czuje...

+++

Ciąg dalszy w przyszłą niedzielę. Zapraszam!

+++

Kochani, piszcie komentarze! Zostawcie po sobie ślad. Każda osoba, która czyta to, co piszę sprawia mi wiele radości :)

+++

Wszelkie prawa zastrzeżone.

DarkAngel 
10.06.18



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz