Czuł
okropne wyczerpanie, więc od razu po powrocie położył się do
łóżka. Zasnął natychmiast. Znów miał koszmar...
Najpierw
ujrzał twarz,
rozpoznał ją od razu, choć była trupioblada i pozbawiona
rumieńców. Błękitne oczy straciły blask, stały się matowe i
puste.
Jakby
martwe.
Pomyślał zdjęty grozą.
Rozchylone
w urwanym krzyku wargi zsiniały.
Rozczochrane
włosy
odchodziły od głowy na wszystkie strony, upodabniając ją do
słońca.
Dziewczyna
leżała na betonie, prawdopodobnie na placu albo ulicy. Wewnętrzny
głos podpowiadał Grześkowi, że nie powinien oglądać tej sceny.
Lecz obraz przesuwał się sam.
Dostrzegł
słabe ślady palców na jej szyi. Szare plamki wyglądały tak,
jakby niechcąco umazała się węglem. Czarna koszulka była
rozdarta. Na odsłoniętej prawej piersi zauważył nacięcia. Krew
wypływająca z ran zdążyła już zaschnąć.
Dopiero
po chwili zdał sobie sprawę,
że linie tworzą gwiazdę.
Dziewczyna
leżała w czerwonej kałuży, która stale zwiększała objętość.
Grzegorz
nie był lekarzem, ba, nawet nie lubił biologii, ale na jego oko
krew nie powinna była już wypływać - dziewczyna wyglądała na
martwą. Tymczasem płyn wciąż sączył
się, nie wiadomo skąd.
Nie
chciał na to patrzeć...
Nagle
jej powieki drgnęły.
Żyje.
Boże, co za ulga.
Dziewczyna
gwałtownie usiadła i nim zdążył zareagować skoczyła na niego,
przewalając go na plecy.
Wgryzła
się w jego tętnicę szyjną. Jednak, w odróżnieniu od wampirów
nie piła krwi, tylko rozrywała mięso poszerzając otwór.
Mordowała
go, a
on nie mógł nawet podnieść rąk, bo blokowała go tajemna siła.
Dałby
wszystko żeby móc się teraz obudzić...
Puls
przyspieszył.
Serce tłukło się w klatce piersiowej. Kończyny powoli drętwiały.
T-shirt przesiąknięty był krwią. Czuł jej masowy upływ, a także
ciepło i lepką wilgoć wkradającą się pod plecy.
Oderwała
się od niego i spojrzała mu prosto w oczy, a
potem nastała ciemność i okrutny ból.
Dziewczyna
szybkim, zdecydowanym ruchem wepchnęła palce w jego oczy.
Poczuł
miliony igieł wbijających się w mózg.
Potem
zacisnęła palce, dokładnie oplatając gałki oczne. Wyrwała je
brutalnym szarpnięciem. W powietrzu zawisły strzępki nerwu
wzrokowego. Uśmiechnęła się, zbliżając brązowe oczy Grzegorza
do ust...
Poczuł
ból, który był aż nadto fizyczny. Ktoś
wymierzył mu policzek. Przez chwilę przeląkł się, że to zjawa
ze snu. Usłyszał własny krzyk. Bał się otworzyć oczy, ponieważ
był przekonany, że ujrzy tylko ciemność.
- Grzesiek
spokojnie! Już wszystko dobrze, to tylko zły sen. Otwórz oczy. -
Kobieta z całych sił nim potrząsała. Krzyk nie milknął -
Och, Grzesiek proszę cię! Przestań krzyczeć, na litość boską!
Nic ci nie grozi a krzyczysz jakby ktoś cię obdzierał ze skóry!
Zaraz,
zaraz... Znał ten głos.
-
Jezus, Kaśka! Przestraszyłaś mnie!
- Ciebie?
To ja się przeraziłam. Darłeś się tak, że słychać było aż z
ulicy. Dobrze, że nie masz w zwyczaju zamykać drzwi na klucz. Kiedy
wbiegłam rzucałeś się po łóżku jak wariat. Cholera,nie mogłam
cię dobudzić! - Spojrzała na niego oskarżycielsko. - Znowu ten
sam sen?- Chciałbym! Ten był jeszcze gorszy... - I wszystko jej opowiedział.
Grzegorz
przyjemnie spędził popołudnie i wieczór. Wygadał się, więc mu
ulżyło, a potem wspólnie ugotowali obiad. Szybko przestał się
złościć na to, że Kaśka znowu wchodzi w jego życie w swoich
psychologicznych butach.
Kiedy
dochodziła dwudziesta druga wpadł w panikę. Wyglądało na to, że
kobieta nie zamierza wychodzić.
Podenerwowanym
głosem rzucił luźną uwagę, że jest już strasznie późno, a
jutro oboje muszą wstać do pracy. Obdarzyła go zdziwionym
spojrzeniem, dlatego dodał, że powinna iść do domu i odpocząć,
zmarnowała cały dzień na niańczenie dorosłego, który ma podobne
koszmary jak pięciolatek śniący o potworze z szafy.
Uwaga
ta niezmiernie ją rozbawiła, ale nadal siedziała w fotelu.
Domyślił
się, że czeka na wizję i czuł z tego powodu wielkie zakłopotanie.
To, co się z nim działo, powoli wymykało się spod kontroli. Bał
się, że może stanowić zagrożenie dla innych osób, a nie chciał
żeby komuś, a zwłaszcza Kasi, stało się coś z powodu tych
durnych przywidzeń.
Od
jakiegoś czasu sam przed sobą przyznawał, że jest chory
psychicznie. Po prostu nie było innego wytłumaczenia. Nie wierzył
w zjawiska paranormalne i nie zamierzał zmieniać zdania. Był
całkowicie świadomy tego, że w jego mózgu mogła rozwinąć się
jakaś paskudna choroba, może to nawet guz? Ciągle dźwigał na
barkach grzechy przeszłości, więc może właśnie teraz przyszło
mu za nie zapłacić? Fakt, że nie ma problemu, nie oznacza, że
zniknął całkowicie, jakby nigdy go nie było. Tak samo kiedy
wychodzisz z pustyni to pył i piasek wciąż pozostają na twoich
butach, dopóki ich nie zmyjesz...
Kaśka
nie wyszła, a on nie potrafił jej wyrzucić, dlatego, gdy
zbliżała się TA godzina, siedzieli obok siebie w fotelach
przedzieleni jedynie małym, szklanym stolikiem do kawy.
22.21.
Grzegorz poczuł znajome łupanie w głowie i zaciskanie obręczy na
płucach. Zerknął na Kaśkę. Dłonie zrobiły mu się mokre.
Dlaczego ta głupia baba nie może zostawić go w spokoju?
Zachwalane
w telewizji tabletki uspokajające nie działały. Niepotrzebnie
wydawał tyle forsy - i tak nie miał jej zbyt wiele.
Denerwował
się zwłaszcza dlatego, że nie siedział w swoim ukochanym fotelu,
ponieważ ten dziś zajęła Katarzyna. Czuł się nieswojo. Tamte
miękkie obicia i wysiedziane siedzenie uspokajały go, tuliły w
swych ramionach i sprawiały, że dziewczyna z wizji stawała się
niegroźna. Tamten fotel to opoka i sprzymierzeniec. W tym, w którym
siedział obecnie, wszystko mogło się zdarzyć. Dosłownie
wszystko!
Zaczęło
się równo o 22:22.
Tylko,
że tym razem energooszczędna żarówka w zielonym żyrandolu
zaczęła przygasać i rozbłyskać w sposób niekontrolowany...
Dostał
gęsiej skórki.
Kiedy
usłyszał muzykę, odruchowo spojrzał na psa... Ich oczy się
spotkały, a zaraz potem Ares podkulił ogon i uciekł do
przedpokoju. Cóż, jego zachowanie nie było pokrzepiające.
Po
kilku akordach "Highway to Hell" wyrosła
przed nim postać pięknej, młodej dziewczyny.
Po
ostatnich koszmarach zaczął się zastanawiać, ile
mogła mieć lat... 17? 18? Jej
nieskazitelna uroda nie pozwalała oderwać oczu, a jednocześnie ten
ubiór i jawny bunt prowokowały dystans.
Błękitne
oczy lśniły pełnią życia, ale też niewypowiedzianego strachu.
Jakże miło było ujrzeć je pozbawione martwej pustki. Policzki
miała zaczerwienione, a czoło zdobiła poprzeczna bruzda świadcząca
o intensywnym rozmyślaniu i poważnym problemie do rozwiązania.
Prosta grzywka opadała na czoło. Pełne wargi koloru truskawek
uśmiechały się niepewnie -przyjacielsko, ale też z lekkim
zniecierpliwieniem. Przy tej czynności w policzkach dziewczyny
tworzyły się dołeczki. W uszach miała srebrne kolczyki w
kształcie szpikulca. Oczy mocno podkreślone. Tworzyło to efekt
zalotnego spojrzenia. Ubrana była w czarny sweter, czerwone szorty i
glany.
Tak
samo jak od paru miesięcy nie mówiła nic, jedynie stała czujnie w
niego wpatrzona, oddalona o niecałe pół metra.
Odwrócił
głowę w stronę Kaśki, lecz ona najwyraźniej nie widziała widma,
bo uśmiechnęła się do niego serdecznie. Ale czy nie dostrzegł w
jej spojrzeniu nutki politowania? Musiała zauważyć pot na jego
skroniach i drżenie rąk. Dziewczyny jednak nie widziała, bo wtedy
nie emanowałby z niej ten stoicki spokój.
Czy
to możliwe, że tylko on ją widzi? Grzesiek od razu skarcił siebie
w duchu. Przecież nie tak dawno zaakceptował własną chorobę, a
teraz szuka wymówek i usprawiedliwień, żeby tylko udowodnić
sobie, że dziewczyna to nie jest wytwór jego wyobraźni...
22.59...
Jeszcze minuta. Grzegorz odliczał w myślach i przygotowywał się
na to, co zawsze. Standardowo śledząc najcieńszą wskazówkę
zegara puszczały mu nerwy. Pomyślał nawet, że przez to wszystko
niedługo zejdzie na zawał. Co zbytnio by mu nie przeszkodziło,
miał już dość swojego nędznego życia.
23.00.
Dziewczyna nagle się ruszyła. Nieznacznie, ale jego wyczulony umysł
to zarejestrował. Można by rzec, że sztukę reagowania na jej ruch
opanował do perfekcji. Potem dziewczyna rzuciła się w jego stronę
z demonicznym krzykiem, wyciągając ręce do jego szyi. Ciszę
rozdzierał straszny, wydłużony wrzask, który docierał do mózgu
Grzegorza wywołując dreszcze i gęsią skórkę, układając się w
dwa słowa: „Pomóż mi!!!”.
Po
czym nagle, równo po minucie wszystko cichło, a widmowa postać
znikała.
Nie
chciał wystraszyć Kasi, ale nie mógł zapanować nad
przyspieszonym oddechem i mimowolnym jękiem.
- To
znów się stało, prawda? - Spytała niepewnie.
-
Tak. Czy ty...
- Nie.
- Przerwała mu natychmiast wyraźnie poruszona. - Niczego nie
widziałam, ani nie słyszałam. Czy Ares uciekł, bo ją wyczuł? Wiem, że zwierzęta inaczej postrzegają rzeczywistość.
- Być
może, ale
nie on. Ares
tego nie czuje.
Pierwszy raz tak się zachował... Prawdę mówiąc uciekł, kiedy
spojrzałem mu w oczy. - Grzegorz smętnie zwiesił głowę. Właśnie
przyznawał się przed dziewczyną, która go pociągała, że jest
wariatem.
-
Zauważyłam.
Jeśli mam być szczera... Też miałam ochotę uciec. Wyglądałeś
okropnie. Grzegorz... Nie chcę, żebyś pomyślał o mnie źle, ale
sądzę, że przydałaby ci się pomoc... - Już otwierał usta w
kontrargumencie, ale nie dała mu dojść do słowa. - Nie przerywaj.
Zdaję sobie sprawę, że odwiedzasz różnych specjalistów i
terapeutów. W końcu tak się poznaliśmy. Ale tę historię znasz
doskonale... Grzesiek, myślę, że powinieneś na chwilę oderwać
się od codzienności. Nie oszukujmy się żyjesz w wielkim stresie i
chyba przestajesz sobie z tym radzić, dlatego sądzę, że
powinieneś wziąć urlop i udać się na parę tygodni do kliniki...
- Sugerujesz,
że powinni mnie zamknąć w psychiatryku, tak?! - Krzyknął
oburzony. Tego było za wiele! Wcale jej nie zapraszał na wieczorny
seans z cyklu "Dzień z życia wariata", sama się
wprosiła, kiedy grzecznie ją wypraszał!
-
Spokojnie. To nie tak...
- A
jak?! - Zobaczył w jej oczach dziki strach i od razu pożałował
braku samokontroli. Teraz faktycznie myślała, że oszalał.
Niedobrze, bardzo niedobrze. Źle to rozegrał. Policzył szybko do
dziesięciu i nieco spokojniej kontynuował: - Najmocniej cię
przepraszam Kasiu. Widzisz, ta cała sytuacja strasznie mnie irytuje.
Ten wybuch nie był potrzebny, wybaczysz mi?
-
Właśnie o tym mówiłam. Nie
panujesz nad sobą.
-
Nieprawda!
-
Będę się już zbierać. - Wyczuł w jej głosie dystans, chłód i
zdenerwowanie. Wstała, sięgnęła po torebkę i dodała: - Przemyśl
sobie to, co ci powiedziałam. - Napięcie w pokoju było niemal
namacalne, a mimo to zdobyła się na słaby, lecz wciąż czarujący,
uśmiech. Była niesamowita! - Na razie, trzymaj się! Odezwę się
do ciebie.
Skończyła
zdanie i po prostu wyszła, nawet na niego nie patrząc i nie
czekając na odpowiedź.
Wszystko
spieprzyłem! Ogarnął go gniew. Idiota, idiota, idiota!!!
W dodatku powiedziała, że się odezwie, a w świetle statystyk
oznaczało to, że nie miał co liczyć na telefon albo wiadomość.
Spławił dziewczynę w najgłupszy możliwy sposób i został sam ze
swoim szaleństwem.
Wziął
kilka tabletek uspokajających w dawce nieco większej niż zalecana,
ale i tak leżał w łóżku nie mogąc zasnąć. Głowa pękała mu
od natłoku myśli. Och, już wolałby najgorszy koszmar, byleby
tylko przestać się nad sobą użalać!
Sumienie
atakowało ze wszystkich stron, niemiłosierne i okrutne. W pewnej
chwili naprawdę zaczął przyznawać Kaśce rację. Już wcześniej
psychiatrzy sugerowali mu chorobę, ale usilnie się przed tym
bronił, zmieniając lekarzy. Stawał się niebezpieczny. Ludzie tacy
jak on nie powinni beztrosko chodzić po ulicy.
Nagle
ogarnęła
go wizja białego pokoju bez klamek. W oknach tkwiły grube, żelazne
kraty, a za nimi rozciągał się las. Typowy widok, przecież
wiadomo nie od dziś, że nic tak nie wycisza i nie uspokaja jak
bliskość przyrody. Zapewne obok szpitalnego łóżka z
nieskazitelnie białą pościelą i przytwierdzonymi do boków
pasami, stałaby biała szafka z zaokrąglonymi kantami...
Panowała
tutaj niewyobrażalna pustka. Wszechobecna biel go dobijała,
otworzył drzwi i znalazł się w świetlicy. Było tutaj tłoczno od
innych pacjentów. Śmiali się głośno, a niektórzy krzyczeli lub
wydawali nieartykułowane dźwięki. Ich twarz odzwierciedlała istny
obłęd, a nienaturalnie wielkie oczy latały rozbiegane. Czuł się
tam jak w klatce. Wkrótce i on zaczął krzyczeć. Odwrócił się
chcąc uciec, wrócić do tego brzydkiego białego pokoju, lecz w
drzwiach tkwił zamek magnetyczny a w oknie obok kraty. Widział
korytarz po drugiej stronie i dyżurkę pielęgniarek. Dopadł z
pięściami do okna i zaczął w nie walić. Cholera jasna, czemu
tutaj wszystko jest białe?! W głębi duszy czuł się brudny. Nie
pasował do tego miejsca!
Nawet
nie zauważył, że pacjenci zastygli w bezruchu i wpatrywali się w
niego nie oddychając. Z ich ust powoli wypływała strużka śliny.
Dostrzegł w ich źrenicach diabelski błysk, a tęczówki przybrały
wściekle czerwony odcień. W jednej sekundzie rzucili się w jego
stronę a było ich około stu. Stu rozwścieczonych, głodnych,
śliniących się, krwiożerczych zombie! Doskoczył do drzwi.
Szarpał za klamkę, doskonale wiedząc, że bez karty magnetycznej
nic nie zdziała. Bębnił w drzwi i wrzeszczał najgłośniej jak
potrafił, aż jego głos przerodził się w wysoki, dziewczęcy
pisk. Zamilkł, rumieniąc się ze wstydu, lecz po chwili przypomniał
sobie, co ma za plecami. Niestety było już za późno.
Dorwali
go i zaczęli szarpać. Rozerwali białe szpitalne ubrania.
Paznokciami podobnymi do szponów rozdzierali skórę na rękach i
plecach. Poczuł przeszywający ból i ostre zęby wpijające się w
kark. Lekko odwrócił głowę i spojrzał na chorych, lecz
zamiast ludzkich twarzy ujrzał zwierzęta. Porośnięte futrem z
potężnymi kłami. Sapały nieludzko.
Jego
puls osiągnął poziom maksymalny, a krzyk zanikł w gardle, tak
spanikowany nie był nigdy...
I
wtedy się obudził. W swoim mieszkaniu, w swoim łóżku, drżąc na
całym ciele i pływając we własnym pocie...
A
więc jednak zasnął. Bądź co bądź sen był zbyt realistyczny,
jakby śnił na jawie. Brrrr... Coś okropnego. Nigdy więcej nie
weźmie takiej dawki psychotropów.
Kiedyś
za czasów studenckich bawił się różnymi dziwnymi substancjami.
Skutki tego odczuł później. Zniszczył sobie życie dla kilku
chwil przyjemności.
W
każdym razie wiedział, co to bad trip i umiał go teraz rozpoznać.
Wstrząsnął nim dreszcz. Nie
mógł dopuścić do powrotu przeszłości, nie mógł znów
popłynąć... Kaśka miała rację. Powoli sobie nie radził.
Zaparzył
kawę i przesiedział przed telewizorem do świtu.
Podjął
decyzję.
Dzisiaj
pójdzie do wuja Sama i wręczy mu wypowiedzenie. Na bezpłatny urlop
nawet nie liczył, więc rezygnacja to jedyne wyjście. Chociaż
znając wujka i pamiętając o tym, jaką wyświadczył Grześkowi
przysługę, organizując mu nowe życie, ten nie liczył na nic
innego niż na dyscyplinarkę. Trudno. Potem wróci do domu i poszuka
najbliższy szpital psychia... Nie! Nie najbliższy! Poszuka
najlepszej kliniki psychiatrycznej w województwie i tam postara się
uporać z samym sobą. Na pewno spotka kompetentną kadrę lekarzy,
którzy w końcu rozwiążą wszystkie jego problemy.
Rano,
po wypiciu kolejnej mocnej kawy, pojechał do wuja i złożył
wypowiedzenie. Nie podał powodów, rzekł tylko wymijająco, że
wyjeżdża i wyszedł.
W
drodze do domu wpadł
w paranoję. Wydawało mu się, że wszyscy ludzie, a nawet
zwierzęta, patrzą na niego dziwnym, przeszywającym na wskroś
wzrokiem, szepcząc potem dyskretnie za jego plecami: „Widziałeś
tego mężczyznę? To wariat. Lepiej dobrze go zapamiętaj i uważaj
na siebie”. Oh, był niemal pewny, że to właśnie mówią!
Po
powrocie do mieszkania obdzwonił znajomych. Robił to z ciężkim
sercem, ale musiał oddać Aresa. Nie wiadomo, jak długo potrwa jego
leczenie. Lecz koledzy, albo nie chcieli mu pomóc, albo nie mieli
warunków, niektórzy byli uczuleni, a znaleźli się i tacy, którzy
wymawiali się małymi dziećmi. Tak więc chcąc, nie chcąc odwiózł
swojego najwierniejszego przyjaciela do schroniska. Uronił przy tym
łezkę, nawet dwie. Spędzili razem tyle pięknych miesięcy... Miał
go od szczeniaka. Biedną psinkę ktoś wyrzucił na śmietnik.
Grzegorz pamiętał tę noc, gdy wracając z kina usłyszał ciche
skomlenie spod sterty czarnych worków. Boże, przecież on tego psa
karmił butelką! No cóż, musiał go oddać, po prostu musiał.
Potem
w Internecie wyszukał klinikę.
Najlepsza znajdowała się w Starogardzie Gdańskim – jakieś 200
km na północ, poza granicami województwa, w którym obecnie
mieszkał. Jednak z opisu wynikało, że ośrodek jest bardzo dobry a
kadra kompetentna.
Zadzwonił
tam i umówił się na wizytę. Recepcjonistka miała bardzo miły
głos i rozmawiając z nią czuł się ważny. Dodatkowo dopisało mu
szczęście, bo akurat trafił na wolne miejsce, więc mógł zgłosić
się już za tydzień.
Im
szybciej, tym lepiej. Wrócę wcześniej i naprawię relacje z Kaśką.
Jezus, Maria! Ja się jej nawet oświadczę! Tylko niech najpierw
nareperują moją głowę.
Niecały
tydzień
zajęło mu znalezienie lokatora.
Opłacił
zaległe rachunki, rzeczy osobiste zamknął w piwnicy, podpisał
umowę najmu, spakował się i ruszył w podróż po nową psychikę.
W
tym czasie Kaśka nie odezwała się ani razu. Nie chciał dzwonić
pierwszy, obawiał się odrzucenia, a tak przynajmniej cierpiał
mniej. Chociaż i tak nie odjeżdżał bez sentymentów. Ona tu
zostanie, a go nie będzie... I nawet jej nie powiedział, co do niej
czuje...
+++
Ciąg
dalszy w przyszłą niedzielę. Zapraszam!
+++
Kochani,
piszcie komentarze! Zostawcie po sobie ślad. Każda osoba, która
czyta to, co piszę sprawia mi wiele radości :)
+++
Wszelkie
prawa zastrzeżone.
DarkAngel
10.06.18
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz