Rozdział II: Doktorek

Rozdział II: Doktorek


          Niecałe trzy godziny zajęło Grzegorzowi dotarcie do kliniki.
          Bez problemu znalazł miejsce parkingowe – obszerny betonowy plac świecił pustkami, nie licząc trzech, może czterech samochodów.
          Początkowo chciał wziąć torbę z bagażnika, ale doszedł do wniosku, że przyjdzie na to czas. Rozejrzał się wkoło.
          „Szpital, jak szpital. Wszystkie wyglądają tak samo. No, przynajmniej od frontu.”
          Zawahał się przez chwilę, a potem ruszył do wielkiego przeszklonego wejścia.


          Uderzyła go cisza. Sam nie był pewny czego się spodziewał... Chyba gwaru, rozmów, ludzi, typowego szpitalnego rozgardiaszu. Tymczasem zastał pustkę. Hol był ciemny, rozświetlany jedynie przez światło dzienne. Mimo późnej pory nie paliły się lampy. Korytarze po obu stronach częściowo tonęły w mroku.
          Na wprost znajdowała się recepcja, jednak nikogo tam nie było. Grzegorz zastanowił się, czy nie usiąść na beżowej sofie i poczekać, czy zawołać. Z lekarzem miał się spotkać o dwudziestej – jeszcze zostało trochę czasu. Podszedł do lady i z ciekawością wychylił się do przodu. Nic nadzwyczajnego: tona papierów, telefon, kalendarz i komputer. Zamyślił się i właśnie wtedy koło swojego prawego łokcia dostrzegł malutki dzwoneczek. Pamiętał taki z dzieciństwa. Bez chwili namysłu chwycił go i zadzwonił.

          - Słucham! - Nawet nie zauważył, kiedy z pomieszczenia w głębi wyszła kobieta w zielonym fartuchu.
- Dzień dobry. Jestem umówiony z doktorem... Chwileczkę, muszę sprawdzić...
- Z doktorem Papierzakiem? - Weszła mu w słowo.
- Tak! Właśnie tak!
- Proszę wejść w korytarz po prawej stronie i poczekać pod drzwiami z numerkiem 7. Zaraz zadzwonię i powiem, że pan już jest. Pan doktor będzie wołał. 
- Dobrze, dziękuję.

          Czekał około pięciu minut, zanim doktor go wywołał.
          Znalazł się w zwykłym gabinecie lekarskim. Było tam biurko, dwa krzesła, komputer, roślinki na parapecie i regał z książkami. Pokój nie zrobił na nim wrażenia, lecz lekarz tak.
          Był to facet mocno po pięćdziesiątce, niski, gruby i łysawy. Czerwonawy kolor jego twarzy, a zwłaszcza nosa, zdradzał, że nie stroni od alkoholu. Nazywał się Zygmunt Papierzak i wnikliwie obserwował świat zza swoich okrągłych okularków w ciemnych oprawkach. Pod jego spojrzeniem Grzegorz czuł się nieswojo, miał wrażenie jakby doktorek przewiercał go na wylot i pozbawiał własnej osobowości.
          Przywitali się. Grzegorz nie spodziewał się tak miłego, delikatnego i budzącego zaufanie głosu. Pozytywnie go to zaskoczyło.
          Po początkowych formalnościach przeszli do sprawy, która go tu sprowadziła. Powtórzył dokładnie to samo, co jakiś czas temu powiedział przez telefon recepcjonistce w izbie przyjęć. Opisał dokładnie czas trwania problemu, okoliczności, w których pojawiały się objawy, swoje lęki, spostrzeżenia. Napomknął również o opiniach psychiatrów, przedstawiając dokumentację medyczną. Pominął jedynie fakt, że w przeszłości leczył się już psychiatrycznie. To były dawne czasy i nie chciał do nich wracać. Był przekonany, że tamte lata nie mają związku z obecną przypadłością. To znaczy niezupełnie. Brał pod uwagę możliwość, że teraźniejsza choroba mogła rozwinąć się na skutek wcześniejszych zaburzeń, ale nie sądził, by miało to istotne znaczenie. Jeśli faktycznie tak będzie, to wspomni o nich później.
          Doktorek cały czas uważnie go obserwował. Czasami chmurnie marszczył czoło i dopytywał o szczegóły lub kiwał głową mrucząc coś pod nosem. Sprawiał wrażenie mocno zaniepokojonego i pełnego empatii. Grzesiek z doświadczenia wiedział, że wygląda tak każdy psychiatra czy psycholog – wystudiowany wyraz twarzy to część ich pracy. Wiedział też, że na tym etapie jest postrzegany jako obiekt czysto handlowy, ponieważ pobyt w klinice nie należał do tanich i każda doba tutaj przynosiła spore zyski. Dlatego spodziewał się przemówienia pod tytułem: „Milion powodów, dla których musi pan zostać na obserwacji chociażby przez regulaminowe trzy dni, a potem i tak okaże się, że jest pan chory.”. Całe szczęście nie musiał martwić się pieniędzmi. Przez rok swojego skromnego życia zdołał uciułać sumkę wystarczającą na początkowe tygodnie, a potem regularnie będzie wpływał czynsz za mieszkanie. W internecie doczytał też, że jeżeli nie da rady płacić całości, mogą go częściowo zwolnić z kosztów lub może przejść na NFZ do kliniki w sąsiednim budynku.
Z rozmyślań wyrwał go głos doktora Papierzaka:

- Hm... Nie chciałbym pochopnie stawiać diagnozy, jak moi koledzy, których opinie mi pan przedstawił, ale pana przypadłość wydaje mi się dość poważna. Częstotliwość z jaką zmieniał pan lekarzy, świadczyła o zaprzeczaniu chorobie umysłowej, aczkolwiek gdzieś podświadomie czuł pan, że jego stan odbiega od normy. Inaczej nie byłoby tu pana. Bardzo dobrze, że zgłosił się pan do nas dobrowolnie, świadczy to o pewnej dojrzałości. Myślę, że jest to odpowiedni moment. - Zrobił pauzę i uśmiechnął się znacząco. - Myślę, że mamy jeszcze czas, aby wszystko naprawić. Myślę też, iż do takiej decyzji musiały pana pchnąć pewne zdarzenia, o których pan nie wspomniał, ale spokojnie, myślę, że będzie jeszcze na to czas. Co prawda z pana relacji nie wynika, by zagrażał pan społeczeństwu, jednakże żeby mieć co do tego pewność, nalegam aby został pan u nas na obserwacji. Myślę, że na tym etapie będzie to dla pana odpowiednia forma leczenia.
- O jakim okresie mówimy?
- Och... To zależy... Tak, to zależy... - Zamyślił się. - Zależy od tego, co zaobserwujemy i jakie dalsze leczenie trzeba będzie wdrożyć. Myślę, że sama obserwacja potrwa do trzech dni, skoro objawy pojawiają się codziennie. 
- Ile mam czasu na zastanowienie? - Ten wzrok, wyraz twarzy i gesty doktorka nie dawały Grześkowi spokoju. Może zbyt pochopnie zdecydował się na leczenie szpitalne.
- Ach, drogi panie! Jakie zastanowienie? Skoro pan tu jest to decyzja zapadła.
- Może niekoniecznie... - Czuł natychmiastową potrzebę wyjścia na świeże powietrze. 
- Nie będę owijał w bawełnę panie Grzegorzu. Pana stan jest bardzo poważny i jeżeli nie podejmie się pan natychmiastowego leczenia, może dojść do tragedii...
- Przecież mówił pan, że... - Coś w osobie psychiatry wywoływało u niego narastającą panikę.
- Och! Ja mówię wiele rzeczy! I do niczego pana nie zmuszam. Praktykujemy dialog z pacjentami i z reguły nie używamy środków pacyfikacji, aczkolwiek nie będę ukrywał, iż nalegam. Nalegam! - Znów ten uśmiech. Nieco cyniczny i sprawiający, że nagle doktorek tracił życzliwy wyraz twarzy, a w jego oczach pojawiały się iskierki szaleństwa. - Panie Grzegorzu? Jaką podjął pan decyzję?

          W głosie Papierzaka Grzesiek wyczuł niezłomną pewność siebie, zupełnie tak jakby decyzja już została za niego podjęta. Pozytywne odczucia, co do ośrodka gdzieś uciekły i on też miał ochotę uciec. Intuicja podpowiadała mu, że powinien w tej chwili opuścić to dziwne miejsce i nigdy nie wrócić. Nagle pustka na korytarzach, cisza i ten śmieszny człowieczek siedzący przed nim jako specjalista, a paplający zupełnie od rzeczy, wydały mu się irracjonalne i pozbawione sensu. Jakby tego było mało, doktorek wwiercał go w krzesło swym surowym wzrokiem, dla odmiany pozbawionym wyrozumiałości i zrozumienia. To spojrzenie nie pozwalało mu się skupić. Wydawało mu się, że Zygmunt Papierzak czytał z niego, jak z otwartej księgi i zdołał poznać każdą myśl, a w szczególności wahanie.

- Halo, panie Krasiak! Jest pan tutaj? A może nadeszła kolejna wizja? - Jego głos przepełniał sarkazm przepleciony z nutą zainteresowania. Zaiste niezwykła mieszanka. Zaś wyraz twarzy wyrażał jedno: Ojej! Kolejny szaleniec! Witamy gorąco w domu wariatów! Życzy pan sobie pokój z widokiem na las?
- Przepraszam, zamyśliłem się. 
- Och! Nic nie szkodzi. - Nagły przesłodki uśmiech spłynął na Grześka falą, od której poczuł mdłości. Nie tylko on był tutaj chory. Lekarzu lecz się sam. - To typowy objaw... - Dodał już ciszej doktorek, niby do siebie, jednak na tyle głośno, by pacjent mógł dokładnie usłyszeć każde słowo.
- Słucham?
- To dobrze, że pan słucha, pytanie tylko... Czy pan słyszy?
- Nie rozu…
- Zostaje pan?

          Zadziwiające. Te dwa słowa były niby pytaniem, ale brzmiały jak stwierdzenie. Grzegorz poczuł się bezsilny, więc nie pozostało mu nic innego niż przytaknąć. Widział wyraźnie, że z doktorkiem nie wygra. Wydało mu się, że spacerując w parku wdepnął w naprawdę wielkie i śmierdzące gówno. Postawa psychiatry była niezłomna i Grzesiek, chcąc nie chcąc, musiał współpracować. Nie wątpił w to, że w przypadku upartego trwania w decyzji odmownej, łysy, chytry i przepity doktorek wcisnąłby mały guziczek pod biurkiem (taki jak w filmach) i zaraz w gabinecie zjawiłoby się dwóch przypakowanych osiłków, którzy z łatwością wynieśliby go wierzgającego, krzyczącego i przeklinającego do ciasnej izolatki na końcu korytarza. Przecież takim atakiem sam potwierdziłby swoją chorobę psychiczną, czyż nie?
          „Chociaż doktorek wspominał, że nie stosują takich metod... Stop. Właściwie to powiedział, że... Że rzadko pacyfikują pacjentów.”
          O nie, nie! Teraz liczyło się jedynie to, żeby spędzić tutaj jak najmniej dni. Odsiedzi grzecznie trzy doby na obserwacji, nie dając im powodów do dalszej hospitalizacji. Potem wyjedzie daleko stąd i zapomni o całej sprawie. Wiadomo, nikt nie chce kłopotów.

- Zostaję. Ale tylko na trzydniową obserwację! - Znów na twarzy Papierzaka dostrzegł kpiący grymas i ruch warg, z których zdołał wyczytać jedno mrożące krew w żyłach słowo: Oczywiście.
- Jeżeli wyrazi pan takie życzenie, może pan pojechać do domu po niezbędne rzeczy. Aczkolwiek, muszę nadmienić, iż ośrodek posiada własny zasób odzieży, środków kosmetycznych i innych przydatnych przedmiotów, więc z reguły pacjenci rozpoczynają leczenie od razu. Najpierw, jeżeli pan pozwoli, wypełnimy dokumentację niezbędną do przyjęcia na oddział, a następnie ktoś z personelu przydzieli panu salę. Możemy zaczynać?
- Dobrze. Wszystkie potrzebne mi rzeczy mam spakowane w samochodzie.
- Znakomicie! Człowiek przezorny zawsze ubezpieczony, nieprawdaż?! - Wykrzyknął radośnie. Potem sięgnął do biurka, skąd wyciągnął dość spory plik kartek i zaczął wywiad.

          Grzesiek odpowiadał przez około godzinę na różne pytania doktora. W większości dotyczyły jego trybu życia, odżywiania, nałogów, snu, wykształcenia, pracy, relacji rodzinnych, chorób przewlekłych, itd. Jednakże zdarzyło się parę pytań aż nazbyt osobistych lub uderzających w sferę intymną. Jeszcze nigdy nie spotkał się z tak dokładnym wypytywaniem przez lekarzy. Zmęczenie ciążyło mu na powiekach i powoli opadał w słodką krainę snu ulegając irracjonalnemu klimatowi ośrodka. Kiedy na chwilę zamknął oczy i poczuł, że odpływa, psychiatra poinformował go, że to wszystko, czego potrzebuje. Potem wcisnął guziczek pod biurkiem (a jednak!) i w drzwiach stanęła wyglądająca na około pięćdziesiąt lat ruda kobieta o szczurzej twarzy z wielką, owłosioną brodawką na lewym policzku. Ogromne piersi falowały przy każdym ruchu, gdy podchodziła do Grzegorza. Na sobie miała zielony, szpitalny uniform zdecydowanie za mały, jak na jej gabaryty. Mężczyzna z fascynacją obserwował wylewające się z każdej strony zwały tłuszczu, który uciekał wszystkimi możliwymi szparami. Góra sadła też falowała i przemieszczała się sprawiając wrażenie żywej istoty. Brrrr... Grzegorz zastanawiał się, jak coś takiego, do licha!, może być w ogóle możliwe? Obrzydliwe. Zupełnie jak ta kobieta. Tak, była brzydka i odrażająca, a dumnie uniesiona głowa, zadarty nos i zuchwałe spojrzenie w połączeniu z wyglądającą jak siedem nieszczęść krzywą grzywką, wzbudzały litość.
          Alina – takie imię widniało na jej plakietce - wzięła Grześka za rękę i wyprowadziła z gabinetu jak małe dziecko. Wędrowali przez korytarze oświetlone skąpym zielonkawym światłem jarzeniówek. Światło drgało, przygasając co chwilę i Grzegorzowi przypomniał się jeden z horrorów, który kiedyś oglądał. Nie pamiętał tytułu, ale grupa filmowców kazała zamknąć się w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym, żeby nagrać odcinek serialu o nawiedzonych miejscach. Szpital już ich nie wypuścił.
          W oddali zobaczył duże dwuskrzydłowe drzwi, zapewne tam zmierzali. Jednak nagle „Pani Brodawka” zatrzymała się wyszarpując z kieszeni fartucha ogromny pęk kluczy. Stali przed drewnianymi drzwiami. Wyglądały nieco podejrzanie, lecz Grzesiek nie potrafił określić dlaczego. Kobieta zbliżyła klucze do oczu i zaczęła głośno je przerzucać. W końcu wybrała jeden i włożyła go w zamek. Nie pasował. Spróbowała z innym, ale też nie pasował. Trzeci wchodził, ale się nie przekręcał. Zirytowana przeklęła siarczyście. Tym razem poświęciła dłuższą chwilę na obserwację metalowych ząbków i kolorowych nakładek bez oznaczeń.

- Moim skromnym zdaniem posiadanie tylu kluczy i nie znaczenie ich to głupota, tylko niepotrzebnie traci... - Zamilkł pod jej ostrym spojrzeniem.
- Ktoś cię pytał o zdanie chłoptasiu? 

          Nareszcie znalazła ten, którego szukała, zamek odskoczył i otworzyła masywne drzwi.
          Dopiero teraz mężczyzna zauważył, że drewno jest wzmacniane metalem.
          „Po kiego grzyba ktoś wstawia takie coś w tym miejscu?”
          Na wewnętrznej stronie drzwi dostrzegł brud i głębokie wgłębienia, najprawdopodobniej wydrapane, a także zaschnięte rzygowiny. Ogarnął go wstręt. Na wysokości kolan znajdowało się prostokątne, zaryglowane okienko. Wnętrze pomieszczenia pachniało nieprzyjemnie i było ciemne, prawdopodobnie pozbawione okien. Poczuł dreszcz przebiegający przez całą długość pleców i niknący gdzieś w kości ogonowej. Miał nadzieję, że ten pokój nie jest dla niego.
          Nie spostrzegł jednej rzeczy – wizjera umieszczonego nad klamką od strony korytarza.
          Tym czasem Pani Brodawka złapała Grzegorza lekko za ramię, obracając go w swoją stronę. Stała przed nim z uśmiechem na ustach i ze strzykawką w dłoni.

- Co to jest? - Spytał zaniepokojony wskazując na zastrzyk.
- Oj, spokojnie Grzesiu. - Przesłodzony głosik w ogóle nie pasował do jej wyglądu. - To tylko środek uspokajający. 
- Nie potrzebuję środków uspokajających. 
- Potrzebujesz, potrzebujesz. Słyszę po twoim głosie, że jesteś zdenerwowany i odczuwasz niepokój.
- Każdy by odczuwał patrząc na to pomieszczenie. Po co tutaj przyszliśmy? Gdzie moja sala?
- Och, Grzegorz! Nie zadawaj takich bezsensownych pytań. Bądź grzecznym chłopcem, chyba nie chcesz już na początku łamać regulaminu?
- Nie dostałem żadnego regulaminu. 
- Ojej... Biedny Gzesiu, nie dostał legulaminu i zaraz się lozpłace…
- Proszę tak do mnie nie mówić! Jestem sprawny umysłowo!
- A to dopiero! - Jej nagły, spazmatyczny atak śmiechu, zmroził mu krew w żyłach. Był całkowicie pewny, że nie powinien był tu przyjeżdżać. - W takim razie, co tutaj robisz? - Zlustrowała go od stóp po czubek włosów i znów się roześmiała. 
- Ten zastrzyk naprawdę nie jest konieczny! - Krzyknął, gdy zrobiła krok w jego stronę. Instynktownie wycofał się w otwarte drzwi.
- Takie są procedury mój drogi. A procedur się NIE KWE-STIO-NU-JE! - Po przyjacielskim czy choćby kpiącym tonie nie został ślad. Była wkurzona. - Zastrzyk jest obowiązkowy dla wszystkich nowicjuszy! Będziesz współpracować czy nie?! I tak sobie z tobą poradzę! A wtedy nie będzie przyjemnie! - Wykrzyczała te słowa z szybkością karabinu maszynowego, stopniowo podnosząc głos. 
- Ale moje rzeczy...
- To już nie twój problem! - Oczy zwężały się w coraz mniejsze szparki. Dyszała ciężko, wypuszczając powietrze nosem jak rozjuszony byk. - Chodź tu! - Zrobiła kolejny krok do przodu. 

          Po raz kolejny tego dnia, z bezsilnością dziecka, wykonał czyjeś polecenie. Znajdował się w sytuacji bez wyjścia. Zagrodziła mu drogę, za plecami miał jedynie ciemny pokój. Tutejsza atmosfera sprawiała, że czuł się malutki i bezbronny. Coś uporczywie szeptało mu do ucha, że z tymi ludźmi nie wygra. Złośliwy głosik nieustannie powtarzał „Jesteś już ich brachu! Ale syf!”. Zrezygnowany podwinął rękaw i wyciągnął ramię. Brodawka sprawnie i szybko wykonała swoje, po czym stała przez chwilę wpatrując się w niego natarczywie i nie mówiąc nic.
          Grzegorz poczuł, że organizm zaczął reagować na substancję. Zakręciło mu się w głowie, zrobiło się ciepło, na skórę powoli występował pot. Nie mógł oddychać, ilość powietrza wokół niego zmniejszyła się diametralnie. Łapczywie wciągał tlen, tętno przyspieszało, mięśnie wiotczały.

- Dobrze, doskonale! A teraz poproszę kluczyki od samochodu!

          Spojrzał na kobietę, ale obraz stawał się coraz bardziej rozmyty i rozjechany. Zawzięcie mrugał powiekami. Nie poprawiło się. Oczy kleiły się i zamykały. Stwierdził z przerażeniem, że przecież środek uspokajający nie powinien działać tak szybko i w ten sposób. Boże, czym oni go nafaszerowali? Benzodiazepiny? Receptory miał wprawdzie wyrobione, co tłumaczyłoby szybką reakcję... Ale mimo wszystko nie powinno sieknąć go z nóg. Chyba, że podali mu dawkę jak dla konia! Pojawiła się nowa myśl, ale była zbyt nieuchwytna. Mózg mu się zaciskał, nie był w stanie logicznie myśleć.

- Muszę się położyć... - Rzekł słabo, lecz Alina nie reagowała. Wciąż wpatrywała się w niego tymi dziwnymi oczami, które zmieniały rozmiar niezależnie od siebie, zachodziły jedno na drugie, zezowały i zmieniały kolor. Był kompletnie zdezorientowany, nie wiedział co się dzieje i gdzie jest. Coraz bardziej chciało mu się spać.
- Oczywiście, ale najpierw kluczyki!
- Jakie kluczyki? - Język śmiesznie mu się plątał, kiedy to mówił i mimowolnie się uśmiechnął.
- Dawaj kluczyki do samochodu idioto!

          Chciał się jej oprzeć. Powiedzieć „Wal się suko! Auto jest moje i tylko ja będę tam wchodził!”, ale czuł taką cholerną niemoc. Nogi się pod nim uginały, nie mogąc unieść jego ciężaru. Miał wrażenie jakby zapadał się w nicość. Musiał natychmiast się położyć! Nie mógł sobie przypomnieć, gdzie włożył klucze, więc chwilę zajęło mu obmacanie wszystkich kieszeni. W końcu wygrzebał je z bluzy i wręczył Pani Brodawce.

- Niebieska honda civic... - Wymamrotał niezrozumiale.

          Nie wiedział, czy usłyszała, czy nie, ponieważ nagle stracił grunt pod nogami i upadł. Przez kilka bardzo długich sekund patrzył tępo w przepalającą się jarzeniówkę, a potem odpłynął...

***

Wszelkie prawa zastrzeżone. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz