Rozdział III: Izolatka
1.
Nagły hałas wyrwał Grześka ze snu. Mężczyzna
jęknął i powoli otworzył oczy. Czuł się tak, jakby zamiast
głowy ktoś zamontował mu kamienną kulę – taką którą zwykle
stawia się na placach jako ozdobę. Wokół panowała
nieprzenikniona ciemność. Na próżno wytężał wzrok, ponieważ
nie potrafił rozróżnić szczegółów. Krew w skroniach pulsowała
szaleńczo. Po prawej stronie ciemność wydawała się bardziej
szara niż czarna, więc odwrócił głowę.
W oddali, niczym wrota do niebios, zobaczył prostokąt
bladego światła wpuszczający do środka słaby blask, który
rozpraszał się w mroku po około dwóch metrach. Grzegorz chciał
usiąść, lecz mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa i prawie
spadłby na podłogę. Z trudem dźwignął głowę i postękując
zdołał przesunąć się na środek łóżka. Lewy łokieć dotknął
ściany.
Grzesiek miał mdłości, żołądek podsuwał mu się
do gardła, a w głowie czuł helikopter – jak to mówili za
gówniarza, kiedy było się tak pijanym, że świat wokół wirował.
Czaszka do tego stopnia wypełniała się bólem, że słyszał w
uszach narastający szum. Był zdezorientowany. Nie wiedział, co to
za pokój. Nie pamiętał, gdzie jest, po co tu przyjechał (może
przyszedł?) i czemu czuje się tak, jakby przejechał po nim walec.
Może to kac? Pewnie wczoraj zabalował z kumplami i urwał mu się
film...
„Jakimi kumplami? Przecież ja nie mam kolegów.”
Coś tutaj mocno nie pasowało, gdyby tylko
wiedział co...
Nagle w okienku pojawiła się głowa, ograniczając
tym samym dopływ światła. Błyszczące oczy przewiercały
Grzegorza na wylot. Było to doświadczenie nad wyraz surrealistyczne
i bez wątpienia krzyknąłby, gdyby nie kiepski, agonalny stan. Nie
miał na to siły, więc tylko cicho kwiknął. Twarz w okienku
falowała a policzki wykręcały się raz w jedną, raz w drugą
stronę. Nosa nie powstydziłby się nawet Pinokio, wydłużał się
i skracał jak puzon. Usta wygięły się w straszny, lubieżnie
zadowolony uśmiech. Potem głowa wycofała się w jasność, a jej
miejsce zajął talerz parującego jedzenia i kubek napoju.
Przez krótkie mgnienie rzeczywiście pachniało to jak
herbata i ziemniaki ze schabowym. Potem otępiały umysł mężczyzny
przetworzył te smakowite zapachy na smród zgnilizny i odór szamba.
Ohyda! Grzesiek zamknął oczy, skulił się do pozycji embrionalnej,
zakrywając głowę ramionami i starał się nie oddychać.
Wkrótce zmorzył go sen.
2.
Właśnie nadchodziło ciepłe, słoneczne popołudnie.
Donośne chrapanie Krasiaka odbijało się echem od gołych ścian.
Pogrążony we śnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że niedługo
minie pierwsza doba jego pobytu w ośrodku dla psychicznie chorych.
Nie był świadomy, że w pobliskim lasku szczebioczą sikorki, a
pacjenci tłoczą się przy wejściu na świetlicę. Nie słyszał
pojedynczego gongu wzywającego ich na apel, ani krzątaniny na
korytarzu. Nie słyszał również krzyków złości, gróźb i
wariackiego chichotu, ani nawet telewizora, włączonego na cały
regulator przez przygłuchego staruszka. Był w innym miejscu. W
otchłaniach nieświadomości lawirował pomiędzy wspomnieniami i
marzeniami...
A gdzieś tam Lili – dziewczyna z jego majaków,
siedziała na łóżku i bujała się ze zdenerwowania.
Lili początkowo była zaskoczona brakiem kontaktu z
mózgiem mężczyzny. Stopniowo ogarniała ją panika. Coś takiego
zdarzyło się pierwszy raz. Zupełnie jakby w jakiś sposób zdołał
zablokować swój umysł. Nie wiedziała, czy jest to możliwe. W jej
myśli wkradł się podstępny, paraliżujący głosik: „A co jeśli
on nie żyje? Co zrobisz, jeśli go zabiłaś? Mógł dostać zawału,
wpaść pod samochód lub popełnić samobójstwo. Co wtedy
zrobisz?”. I chociaż starała się wytłumaczyć to w racjonalny
sposób, głosik zawsze wygrywał. Poczuła na policzkach łzy
bezradności. Mężczyzna, którego imienia nawet nie znała, był
jedyną deską ratunku. Tylko on mógł ją obronić przed potworami
czyhającymi na jej życie. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby przez brak
zahamowania i samokontroli doprowadziła go do obłędu. Przesyłała
mu gwałtowne wizje, ale nie chciała by były aż tak przerażające.
Nie potrafiła nad tym zapanować, jej udręczony, zestresowany i
wystraszony mózg nie pozwalał się kontrolować, kiedy wpadała w
trans.
Jeżeli on faktycznie oszalał i się powiesił, albo
podciął sobie żyły? Ona wybrałaby drugi sposób, ale statystyki
pokazują, że faceci częściej się wieszają...
Serce zabiło nieregularnym rytmem, oddech stał się
płytszy i częstszy, na skroniach i ramionach wystąpił zimny pot,
a nogi i ręce zaczęły drżeć. Tak właśnie wyglądał atak
paniki w wykonaniu Lilianny Roguckiej. Drobne łzy zmieniły się w
krople wielkości grochu, a z gardła dziewczyny wydobywał się
spazmatyczny szloch.
On nie mógł umrzeć! Nie! Nie mógł zostawić jej
samej w tym bagnie! Musiał jej pomóc!
- Ktoś... musi... mi... pomóc... Przecież musi... być... ktoś... Ktokolwiek...
Tamten mężczyzna... Kiedy się z nim łączyła,
wyczuwała obecność taty. Pewnie to urojenie, minęło już sześć
lat od jego śmierci, ale uczucie było tak silne, że wracały
wspomnienia jego uśmiechniętej twarzy.
Mężczyzna na pewno żył! Miał misję do spełnienia:
ochronić ją przed bardzo złymi, bezwzględnymi ludźmi. Czarne
chmury zadomowiły się w głowie Lili. Nieznajomy zamknął się
przed nią, trafiała na barierę, od której się odbijała.
Wymyśliła tyle powodów, dlaczego to zrobił, że teraz bała się,
bała się jak nigdy wcześniej. Samotna i wątła... Cóż miała
zrobić? Tamci byli silniejsi, wytrwalsi. Zniszczą ją pstryknięciem
palców.
Jeszcze miała trochę czasu, lecz czas ten
nieubłaganie się skracał. Oni nie będą zwlekać zbyt długo, w
końcu odechce im się bawić w kotka i myszkę, a wtedy ona będzie
w prawdziwych tarapatach.
„Jak mogłam być na tyle głupia, żeby się w to
wpakować?! Gdybym wiedziała...”
Ale wiedziała. Od samego początku. Co jakiś
czas słyszało się o czymś takim w wiadomościach. Oglądała też
mnóstwo filmów na ten temat – nie tylko fabularnych. Przeglądała
strony internetowe z ostrzeżeniami. Przeczytała parę wywiadów i
jedną czy dwie książki. Doskonale wiedziała, jak to się skończy,
ale mimo wszystko weszła na tę drogę. Wtedy liczyło się co
innego. Nie radziła sobie z traumą po śmierci ojca. Nie radziła
sobie w szkole. Nie radziła sobie z matką. Była sama, bo
poświęciła przyjaciół dla miłości, która skończyła się
nagle i tragicznie. Nie chciała już żyć, ale nie odważyła się
na samobójstwo. Zobojętniała na otaczający świat. Chciała tylko
uciec od depresji. Dlatego zaczęła szukać wirtualnych znajomych. A
potem się zakochała... Zakochany człowiek jest bardziej skłonny
do popełniania błędów, ponieważ kieruje się sercem a nie
rozumem. Wtedy też, z reguły, popełnia się największe błędy,
które prześladują nas do końca życia. Właśnie z miłości
uciekła od codzienności w piekło.
Potrzebowała aż trzech lat, żeby zrozumieć, jak
jedną decyzją zmarnowała szanse na normalną przyszłość! Lecz
było już za późno. A teraz martwiła się nie tylko o to, gdzie
będzie za pięć lat, ale przede wszystkim o to, czy za te pięć
lat będzie w ogóle żyła.
Nieraz myślała o tym, że jej się nie uda. Dopadną
ją. Nawet jeśli nie, to już zawsze będzie musiała się ukrywać,
przeprowadzać z miejsca na miejsce. Nie wyobrażała sobie, jak
mogłaby funkcjonować w taki sposób, dlatego w chwilach słabości
przykładała żyletkę do nadgarstków i zaczynała ciąć... Jednak
nim pierwsza kropla zdążyła spłynąć po skórze, Lili rzucała
ostrzem o podłogę, wściekła na siebie. Przecież oni chcieliby,
żeby się zabiła. Uznaliby jej śmierć za swój triumf i hołd w
ich kierunku. Na to nigdy nie pozwoli!
Znowu uciekała – tym razem nie od świata a do
świata. Broniła się jak mogła, a każdy dzień przynosił nowe
niepokoje. Została jej jedynie nadzieja, że mężczyzna zrozumie
jej przekaz i w porę
przybędzie
na ratunek.
3.
Grzesiek przebudził się,
ponieważ od dłuższego czasu czuł dojmujący chłód, przenikający
lędźwie. Tępy ból rozsadzał mu czaszkę. Nie pamiętał, gdzie
jest i jak się tu znalazł. Miał niejasne wspomnienie, że został
porwany. Może ktoś go napadł i uderzył czymś w głowę, co
tłumaczyłoby potworny ból? Tylko, dlaczego ta osoba go uwięziła?
Był biedny jak mysz kościelna.
Nagle wróciło do niego
wspomnienie surrealistycznej twarzy w okienku i jedzenie pachnące
szambem. Wstrząsnęły nim torsje. Zaraz potem przypomniał sobie
brzydką kobietę o szczurzej twarzy. Miała owłosioną brodawkę na
lewym policzku. Coś mu zrobiła... Tylko co? Wytężał umysł, ale
ta informacja pozostawała zbyt niewyraźna, by ją odczytać. Był
też mężczyzna... Biały fartuch, okularki, łysina i czerwony nos.
Doktor!
W jednej chwili wszystko stało
się jasne!
Przyjechał wieczorem do ośrodka
psychiatrycznego w Starogardzie Gdańskim. Spotkał się z doktorem
Papierzakiem, który sprytną manipulacją wymusił na nim zgodę na
obserwację w szpitalu. Wtedy uzupełnił dokumentację, a kiedy
skończył użył guziczka pod biurkiem i zjawiła się góra sadła.
Fuj! Przyprowadziła go tutaj i zrobiła zastrzyk...
Boże, czym go nafaszerowali?
Kiedyś często brał prochy, ale nigdy nie czuł się po nich tak
potwornie. No może za wyjątkiem dnia, kiedy przedawkował kodeinę.
Nie potrafił myśleć
dostatecznie jasno, więc zamknął oczy i pozwolił sobie na krótką
drzemkę.
Obudził się z lepszym
samopoczuciem, choć nie wyobrażalnie zmarznięty. Głowa już nie
bolała, a umysł stał się przejrzysty.
Zesztywniałymi od zimna palcami
dotknął ud. Poczuł gęsią skórkę i zdał sobie sprawę, że
leży w samych bokserkach. Zjechał dłonią w bok.
Okazało się, że spał na
twardej, wąskiej kozetce. Był bez spodni, bez koszulki, bez
dokumentów i kluczyków. Zabrali mu wszystko. Podłe kanalie!
Usiadł i opuścił nogi na
podłogę. Zakręciło mu się w głowie, więc zamknął oczy i
przeczekał. Kiedy ponownie je otworzył, uważnie przyjrzał się
pomieszczeniu. Było zbyt ciemno, by cokolwiek zobaczyć. Bolały go
mięśnie. Jak długo spał? Nieważne, pomyśli o tym później,
teraz
trzeba
znaleźć drzwi i jakoś się stąd wydostać. Nie lubił ciemności,
bo przypominała mu koszmary o dziewczynie.
Spojrzał
w prawo w stronę okienka. Zdążyli już je zamknąć, ale przez
malutkie szparki przebijała się wąska smuga światła. Udał się
w tamtym kierunku, ostrożnie stawiając stopy i wyciągając przed
siebie ręce.
Dobrnął
do drzwi nie napotykając przeszkód. Miał szczęście.
Dotyk
chłodnego metalu rozbudził w nim nadzieję. Opuścił rękę w
stronę klamki... Jego dłoń trafiła w pustkę. Klamki nie było.
Zaklął pod nosem. Spróbował wypchnąć okienko, ale nie zdołał
pokonać solidnych zabezpieczeń. W głowie zaczęło mu dudnić,
ręce się pociły. Oparł rozgorączkowane czoło o stal, chcąc
nieco ochłonąć i uspokoić emocje. Musiał się zastanowić,
ułożyć sensowny plan, bo nie wątpił, że jest jakieś wyjście.
Jednak
nie wytrzymał, po paru sekundach wpadł w straceńczy szał. Walił
pięściami w drzwi, wrzeszczał, kopał, rzucał wulgaryzmami,
zdzierał paznokcie aż do krwi. Nic tym nie uzyskał. Na korytarzu
panowała cisza. Kiedy dobrze się wsłuchał, nie zarejestrował
żadnych głosów, kroków, nawet szumu... Poczuł się zdesperowany
i osamotniony. Przytłaczała go ciemność, chłód, odizolowanie i
jakby tego było za mało, jeszcze zachciało mu się sikać. Nie
wiedział, co ma zrobić. Spróbował raz jeszcze zwrócić na siebie
uwagę. Bez skutku.
Ponownie
rozejrzał się wokół. Chyba musiała być tu jakaś lampa? Zaczął
macać palcami ścianę w poszukiwaniu włącznika. Zarówno z
prawej, jak i z lewej strony, nie znalazł nic. W sumie po ludziach
pokroju Papierzaka można było spodziewać się wszystkiego. Obmacał
ścianę od góry do dołu, zrobił krok w bok i powtórzył
czynność. Nic, kompletnie nic! Och, czy naprawdę to go dziwiło?
Pełen był pogardy. W końcu sam wymyślił, żeby zgłosić się
właśnie do tego ośrodka. To, co się teraz działo, spotykało go
na jego własne życzenie.
Tym
czasem ucisk na pęcherz stawał się coraz mocniejszy... Grzesiek
postanowił na ślepo wybadać układ pomieszczenia. Jeśli znajdował
się w czymś na kształt celi więziennej, to musiał być tu
klozet, wiaderko lub cokolwiek, co zaspokoiłoby jego potrzebę.
Ostatecznie będzie zmuszony załatwić sprawę w rogu pokoju, co
nieprzyjemnie kojarzyło mu się z dworcami, tunelami i klatkami
schodowymi, na których mieszkał przez jakiś czas. Aż się
wzdrygnął na samą myśl.
Zrobił
zaledwie krok, kiedy stopa zahaczyła o wystający przedmiot i runął
jak długi na podłogę. Wyciągnięta ręka przez przypadek uderzyła
w kawałek plastiku.
Sala
zalała się jasnym światłem, pochodzącym z nieosłoniętej
żarówki zwisającej z sufitu na krótkim kablu.
Grzegorz
ze zdziwieniem spoglądał na obrzydliwie brudne ściany i nawet
zdawało mu się, że spod warstwy czarnej skorupy przebija się
gdzieniegdzie dawny kanarkowożółty kolor. Odczuwał chłód i ból,
ponieważ stał bosymi stopami na kwadratowych kaflach, do złudzenia
przypominających płyty chodnikowe. Teraz rozumiał, dlaczego każdy
krok czuł jak milion szpilek wbijających się w miękkie poduszki
stóp. Po pobieżnej obserwacji Grzesiek stwierdził, że lepiej
byłoby, gdyby nie wstawał z kozetki. Na podłodze dostrzegł bowiem
plamy rzygowin, moczu, resztek jedzenia a nawet krwi, których od
wielu lat nie udawało się usunąć do końca, pomimo usilnych
starań personelu. W kącie naprzeciwko drzwi stał stół i dwa
plastikowe krzesła z obgryzionymi nogami. Na jednym z nich dostrzegł
czyste (jakaż miła odmiana), starannie złożone ubrania. Chwilowo
zapomniał o palącej potrzebie.
Ubrał
szare spodnie dresowe i zwykły, biały t-shirt. Nie dostał żadnej
bluzy czy swetra, które zabezpieczyłyby go przed zimnem i wilgocią.
Podejrzewał, że znajdował się w piwnicy. Nie dostał też żadnego
obuwia lub czegokolwiek, co odizolowałoby stopy od lodowatej,
nierównej podłogi. I co najgorsze, nie dali mu czystej pary majtek!
Grzesiek po prostu nie wyobrażał sobie chodzenia w tej samej
bieliźnie dwa dni z rzędu. Może był pedantem, że w takich
okolicznościach najbardziej martwił się majtkami, ale dla niego
była to rzecz święta. A skoro już skierował myśli w stronę
intymnych części ciała, przypomniało mu się, że przecież
chciał siku. Spojrzał tęsknym wzrokiem na drzwi, ale wiedział
doskonale, że nie zdoła ich otworzyć. Gładka, śliska, stalowa
powierzchnia nie kryła żadnych uchwytów.
Za
to w kącie koło łóżka zauważył prowizoryczną ubikację, na
którą składał się blaszany, rdzewiejący kibel bez deski oraz
taki sam zlew. Dobiegała stamtąd woń stęchłego moczu i Grzegorz
odkrył, dlaczego wciąż czuł szambiany smród. Nie było tam
przegródki, nawet metrowej, która zapewniłaby chociaż odrobinę
prywatności. Lecz Grzesiek nie miał wyboru, ból w dole brzucha
nasilał się, a nie miał ochoty zlać się w dopiero co założone
spodnie.
Kiedy
tak stał i oddawał mocz, w rogu pod sufitem zauważył małą
kamerę z czerwonym oczkiem mrugającym do niego w równych trzy
sekundowych odstępach.
- Jasna
cholera! Co to kurwa ma być?! - Z początku zląkł się własnego
głosu, taki był obcy, wzmocniony przez echo pokoju z pustymi
ścianami, bez okien czy otworów wentylacyjnych. Mimowolnie
wzdrygnął się i strumień żółtej cieczy spłynął z gracją
po ścianie. - Ja pierdole! Co się ze mną dzieje?! Teraz to
dopiero będzie tu jebało! - Pomyślał, że kamera pewnie
rejestruje też dźwięk i zrobiło mu się głupio.
W
każdym rogu mrugała jedna kamera. Cztery rejestratory na taką małą
powierzchnię to czyste szaleństwo i marnowanie pieniędzy.
Siedząc
na skraju łóżka i starając się ignorować kłucie sprężyny w
prawy pośladek, podsumował swoją sytuację. Nie wyglądała zbyt
ciekawie: metalowy stół, poobgryzane krzesła, metalowe niewygodne
łóżko z materacem twardym jak beton i wychodzącymi sprężynami,
które boleśnie wbijały się w kręgosłup i dupsko, blaszany zlew
i sedes. Monitoring, zamknięcie, zero kontaktu ze światem
zewnętrznym, zero żywego ducha, zero prywatności w najbardziej
osobistych czynnościach jak sikanie czy robienie kupy... Zabrali mu
klucze do mieszkania, kluczyki od samochodu, portfel, dokumenty,
zegarek, łańcuszek, ubrania... Wszystko zniknęło. Nie miał
pojęcia gdzie i czemu. Był w czarnej dupie. Utknął w
psychiatryku, gdzie personel był bardziej szalony niż pacjenci. A
najgorsze było to, że nikt go stąd nie wydostanie, bo nikt nie
wiedział, że tutaj jest...
Pokazał
środkowy palec do kamery i zgasił światło, żeby uniknąć
wścibskiego wzroku ludzi, którzy oglądali go na swoich monitorkach
bóg wie gdzie i zapewne mających z niego niezły ubaw. Mogli go
zamknąć, ale nie będą go obserwować jak zwierzątka w zoo.
Nie
wiedział, że są to urządzenia z podczerwienią...
4.
Tego
dnia otworzyły się drzwi i Grzegorz ujrzał w nich grubą,
zgarbioną sylwetkę doktora Papierzaka. Był zły na jego widok,
lecz zamiast przyjąć pozycję obronną z rękoma założonymi na
piersiach, jeszcze bardziej podkulił nogi pod brodę.
- Przyszliście dalej
się nade mną znęcać? - Rzucił, nie patrząc doktorowi w oczy.
- Nie rozumiem o czym
pan mówi. Siostro, proszę do mnie! - Do pokoju weszła Pani
Brodawka z notesem w ręce. - Proszę dopisać do karty
przypuszczenie manii prześladowczej.
- Oczywiście panie
doktorze. Jakiś komentarz?
- Och, tak. Proszę
napisać, że pacjent uroił sobie spisek przeciwko swojej osobie
oraz pacjent uroił sobie, jakoby był poddawany torturom. Cytuje:
Przyszliście dalej się nade mną znęcać?” Koniec cytatu.
- Po co ta cała
szopka? - Głos Grześka stał się ostrzejszy.
- Panie Grzegorzu
jaka szopka? Czy to jest Boże Narodzenie? Poddany został pan
normalnej, regulaminowej obserwacji psychiatrycznej...
- Nie dostałem
żadnego regulaminu!
- Ależ oczywiście,
że pan dostał. Niestety w tym typie choroby zdarzają się
przypadki amnezji. Pozwoli pan, że wyrażę się jaśniej. Chorzy
tracą poczucie czasu i kontakt z otoczeniem, jest to chwilowe,
aczkolwiek zdarza się, że potem nie pamiętają, co w danej chwili
robili.
- Nie będziesz mi
doktorku wmawiał, że nie pamiętam, co robiłem! - Grzesiek wstał
i zrobił kilka kroków w stronę psychiatry.
- Spokojnie, niech
pan usiądzie i pozwoli mi przedstawić rezultaty mojej obserwacji.
Doktorek
był zbyt opanowany, przybrał pokerową twarz i Grzegorz nie mógł
nic z niej wyczytać. Jednak miał przeczucie, że to nie koniec.
Właśnie nadszedł moment, w którym Papierzak przypnie do niego
wymyśloną chorobę, a im poważniejsza, tym lepiej, bo leczenie
dłuższe... Znał takich jak on, podłych gnojków! No cóż, wobec
losu jesteśmy bezsilni. Usiadł.
- Dziękuję, tak
jest o wiele lepiej. Panie Grzegorzu, niech pan wysłucha mnie
uważnie, ponieważ pański przypadek jest bardzo poważny. Przez
dwa dni domniemanych wizji, o których pan mówił, nie było.
Uznaliśmy więc, że pański pobyt w ośrodku to nieporozumienie.
Wydawał się pan całkowicie zdrowy na umyśle...
- To dlaczego wciąż
mnie tu trzymacie?!
- Chwileczkę,
chwileczkę. Przez dwie doby nie zaobserwowaliśmy nic, jednakże
potem przyszedł dzień trzeci i na własne oczy widzieliśmy
atak...
- Co?! Jaki atak?! To
niemożliwe! Dziewczyny nie było!
- Wie pan, nie wiem
czy była, czy nie była. - Wzruszył ramionami. - Podawaliśmy panu
silne leki nasenne...
- Leki?! Kiedy?!
Przecież nikt do mnie przychodził!
- Ale kolacyjka
zawsze smakowała, co? - Rzuciła Alina.
- Halo, halo! Proszę
o spokój! Tak więc podawaliśmy panu leki nasenne i o godzinie,
równo, 22:22 spał pan mocnym snem, więc naturalnym jest, że może
pan tego nie pamiętać. My natomiast dysponujemy nagraniami, które
dokładnie o tej godzinie zarejestrowały atak.
- Nie rozumiem...
Jaki atak?!
- Atak psychozy panie
Krasiak. O godzinie 22:22 usiadł pan na łóżku, akcja serca
gwałtownie podskoczyła, oddech przyspieszył, przez ponad pół
godziny nieznacznie pan drżał. Następnie o godzinie punkt 23:00
rzucił się pan do tyłu, uderzając z impetem głową w ścianę,
potem rzucił się pan na poduszkę, skulił do pozycji embrionalnej
i zaczął się bujać. Oblewał pana pot. Fale mózgowe przeżywały
istny sztorm. Tym, co nas zaniepokoiło był fakt, iż sytuacja taka
powtarzała się przez kolejne trzy dni.
- Kolejne trzy dni?!
Ile ja tu jestem?! W co ty pogrywasz doktorzyno?! - Grzesiek wstał.
- Proszę się
uspokoić, proszę usiąść...
- Nie będę
spokojny! I nie będę siedzieć! Albo wypuścicie mnie w tej
chwili, albo rozsmaruję twoją przepitą mordę na ścianie!
- Siostro propofol 25
mg, szybko!
Papierzak
złapał atakującego Grzegorza, krępując jego ruchy i wystawiając
ramię do zastrzyku. Igła weszła jak w masło i po chwili Grzesiek
stracił przytomność.
Alina
zaś, przyprowadziła wózek i razem z doktorem, wspólnymi siłami
zdołali usadzić na nim bezwładne ciało mężczyzny. Kiedy już
zabezpieczyli jego nogi i ręce przed opadaniem, zawiozła go na
oddział psychiatryczny, gdzie miał dostać osobny pokój z oknami
bez klamek, białymi ścianami i z pięknym widokiem na las.
***
Zachęcam was do komentowania! :D To nie gryzie.
Kolejny rozdział w poniedziałek.
Pozdrawiam
***
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz