Rozdział III: Izolatka

Rozdział III: Izolatka


1.

          Nagły hałas wyrwał Grześka ze snu. Mężczyzna jęknął i powoli otworzył oczy. Czuł się tak, jakby zamiast głowy ktoś zamontował mu kamienną kulę – taką którą zwykle stawia się na placach jako ozdobę. Wokół panowała nieprzenikniona ciemność. Na próżno wytężał wzrok, ponieważ nie potrafił rozróżnić szczegółów. Krew w skroniach pulsowała szaleńczo. Po prawej stronie ciemność wydawała się bardziej szara niż czarna, więc odwrócił głowę.
          W oddali, niczym wrota do niebios, zobaczył prostokąt bladego światła wpuszczający do środka słaby blask, który rozpraszał się w mroku po około dwóch metrach. Grzegorz chciał usiąść, lecz mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa i prawie spadłby na podłogę. Z trudem dźwignął głowę i postękując zdołał przesunąć się na środek łóżka. Lewy łokieć dotknął ściany.
          Grzesiek miał mdłości, żołądek podsuwał mu się do gardła, a w głowie czuł helikopter – jak to mówili za gówniarza, kiedy było się tak pijanym, że świat wokół wirował. Czaszka do tego stopnia wypełniała się bólem, że słyszał w uszach narastający szum. Był zdezorientowany. Nie wiedział, co to za pokój. Nie pamiętał, gdzie jest, po co tu przyjechał (może przyszedł?) i czemu czuje się tak, jakby przejechał po nim walec. Może to kac? Pewnie wczoraj zabalował z kumplami i urwał mu się film...
          „Jakimi kumplami? Przecież ja nie mam kolegów.”
          Coś tutaj mocno nie pasowało, gdyby tylko wiedział co...

          Nagle w okienku pojawiła się głowa, ograniczając tym samym dopływ światła. Błyszczące oczy przewiercały Grzegorza na wylot. Było to doświadczenie nad wyraz surrealistyczne i bez wątpienia krzyknąłby, gdyby nie kiepski, agonalny stan. Nie miał na to siły, więc tylko cicho kwiknął. Twarz w okienku falowała a policzki wykręcały się raz w jedną, raz w drugą stronę. Nosa nie powstydziłby się nawet Pinokio, wydłużał się i skracał jak puzon. Usta wygięły się w straszny, lubieżnie zadowolony uśmiech. Potem głowa wycofała się w jasność, a jej miejsce zajął talerz parującego jedzenia i kubek napoju.
          Przez krótkie mgnienie rzeczywiście pachniało to jak herbata i ziemniaki ze schabowym. Potem otępiały umysł mężczyzny przetworzył te smakowite zapachy na smród zgnilizny i odór szamba. Ohyda! Grzesiek zamknął oczy, skulił się do pozycji embrionalnej, zakrywając głowę ramionami i starał się nie oddychać.
          Wkrótce zmorzył go sen.

2.

          Właśnie nadchodziło ciepłe, słoneczne popołudnie. Donośne chrapanie Krasiaka odbijało się echem od gołych ścian. Pogrążony we śnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że niedługo minie pierwsza doba jego pobytu w ośrodku dla psychicznie chorych. Nie był świadomy, że w pobliskim lasku szczebioczą sikorki, a pacjenci tłoczą się przy wejściu na świetlicę. Nie słyszał pojedynczego gongu wzywającego ich na apel, ani krzątaniny na korytarzu. Nie słyszał również krzyków złości, gróźb i wariackiego chichotu, ani nawet telewizora, włączonego na cały regulator przez przygłuchego staruszka. Był w innym miejscu. W otchłaniach nieświadomości lawirował pomiędzy wspomnieniami i marzeniami...

          A gdzieś tam Lili – dziewczyna z jego majaków, siedziała na łóżku i bujała się ze zdenerwowania.
          Lili początkowo była zaskoczona brakiem kontaktu z mózgiem mężczyzny. Stopniowo ogarniała ją panika. Coś takiego zdarzyło się pierwszy raz. Zupełnie jakby w jakiś sposób zdołał zablokować swój umysł. Nie wiedziała, czy jest to możliwe. W jej myśli wkradł się podstępny, paraliżujący głosik: „A co jeśli on nie żyje? Co zrobisz, jeśli go zabiłaś? Mógł dostać zawału, wpaść pod samochód lub popełnić samobójstwo. Co wtedy zrobisz?”. I chociaż starała się wytłumaczyć to w racjonalny sposób, głosik zawsze wygrywał. Poczuła na policzkach łzy bezradności. Mężczyzna, którego imienia nawet nie znała, był jedyną deską ratunku. Tylko on mógł ją obronić przed potworami czyhającymi na jej życie. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby przez brak zahamowania i samokontroli doprowadziła go do obłędu. Przesyłała mu gwałtowne wizje, ale nie chciała by były aż tak przerażające. Nie potrafiła nad tym zapanować, jej udręczony, zestresowany i wystraszony mózg nie pozwalał się kontrolować, kiedy wpadała w trans.
          Jeżeli on faktycznie oszalał i się powiesił, albo podciął sobie żyły? Ona wybrałaby drugi sposób, ale statystyki pokazują, że faceci częściej się wieszają...
          Serce zabiło nieregularnym rytmem, oddech stał się płytszy i częstszy, na skroniach i ramionach wystąpił zimny pot, a nogi i ręce zaczęły drżeć. Tak właśnie wyglądał atak paniki w wykonaniu Lilianny Roguckiej. Drobne łzy zmieniły się w krople wielkości grochu, a z gardła dziewczyny wydobywał się spazmatyczny szloch.
          On nie mógł umrzeć! Nie! Nie mógł zostawić jej samej w tym bagnie! Musiał jej pomóc!

- Ktoś... musi... mi... pomóc... Przecież musi... być... ktoś... Ktokolwiek...

          Tamten mężczyzna... Kiedy się z nim łączyła, wyczuwała obecność taty. Pewnie to urojenie, minęło już sześć lat od jego śmierci, ale uczucie było tak silne, że wracały wspomnienia jego uśmiechniętej twarzy.
          Mężczyzna na pewno żył! Miał misję do spełnienia: ochronić ją przed bardzo złymi, bezwzględnymi ludźmi. Czarne chmury zadomowiły się w głowie Lili. Nieznajomy zamknął się przed nią, trafiała na barierę, od której się odbijała. Wymyśliła tyle powodów, dlaczego to zrobił, że teraz bała się, bała się jak nigdy wcześniej. Samotna i wątła... Cóż miała zrobić? Tamci byli silniejsi, wytrwalsi. Zniszczą ją pstryknięciem palców.
          Jeszcze miała trochę czasu, lecz czas ten nieubłaganie się skracał. Oni nie będą zwlekać zbyt długo, w końcu odechce im się bawić w kotka i myszkę, a wtedy ona będzie w prawdziwych tarapatach.
          „Jak mogłam być na tyle głupia, żeby się w to wpakować?! Gdybym wiedziała...”
Ale wiedziała. Od samego początku. Co jakiś czas słyszało się o czymś takim w wiadomościach. Oglądała też mnóstwo filmów na ten temat – nie tylko fabularnych. Przeglądała strony internetowe z ostrzeżeniami. Przeczytała parę wywiadów i jedną czy dwie książki. Doskonale wiedziała, jak to się skończy, ale mimo wszystko weszła na tę drogę. Wtedy liczyło się co innego. Nie radziła sobie z traumą po śmierci ojca. Nie radziła sobie w szkole. Nie radziła sobie z matką. Była sama, bo poświęciła przyjaciół dla miłości, która skończyła się nagle i tragicznie. Nie chciała już żyć, ale nie odważyła się na samobójstwo. Zobojętniała na otaczający świat. Chciała tylko uciec od depresji. Dlatego zaczęła szukać wirtualnych znajomych. A potem się zakochała... Zakochany człowiek jest bardziej skłonny do popełniania błędów, ponieważ kieruje się sercem a nie rozumem. Wtedy też, z reguły, popełnia się największe błędy, które prześladują nas do końca życia. Właśnie z miłości uciekła od codzienności w piekło.
          Potrzebowała aż trzech lat, żeby zrozumieć, jak jedną decyzją zmarnowała szanse na normalną przyszłość! Lecz było już za późno. A teraz martwiła się nie tylko o to, gdzie będzie za pięć lat, ale przede wszystkim o to, czy za te pięć lat będzie w ogóle żyła.
          Nieraz myślała o tym, że jej się nie uda. Dopadną ją. Nawet jeśli nie, to już zawsze będzie musiała się ukrywać, przeprowadzać z miejsca na miejsce. Nie wyobrażała sobie, jak mogłaby funkcjonować w taki sposób, dlatego w chwilach słabości przykładała żyletkę do nadgarstków i zaczynała ciąć... Jednak nim pierwsza kropla zdążyła spłynąć po skórze, Lili rzucała ostrzem o podłogę, wściekła na siebie. Przecież oni chcieliby, żeby się zabiła. Uznaliby jej śmierć za swój triumf i hołd w ich kierunku. Na to nigdy nie pozwoli!
          Znowu uciekała – tym razem nie od świata a do świata. Broniła się jak mogła, a każdy dzień przynosił nowe niepokoje. Została jej jedynie nadzieja, że mężczyzna zrozumie jej przekaz i w porę
przybędzie na ratunek.

3.

          Grzesiek przebudził się, ponieważ od dłuższego czasu czuł dojmujący chłód, przenikający lędźwie. Tępy ból rozsadzał mu czaszkę. Nie pamiętał, gdzie jest i jak się tu znalazł. Miał niejasne wspomnienie, że został porwany. Może ktoś go napadł i uderzył czymś w głowę, co tłumaczyłoby potworny ból? Tylko, dlaczego ta osoba go uwięziła? Był biedny jak mysz kościelna.
          Nagle wróciło do niego wspomnienie surrealistycznej twarzy w okienku i jedzenie pachnące szambem. Wstrząsnęły nim torsje. Zaraz potem przypomniał sobie brzydką kobietę o szczurzej twarzy. Miała owłosioną brodawkę na lewym policzku. Coś mu zrobiła... Tylko co? Wytężał umysł, ale ta informacja pozostawała zbyt niewyraźna, by ją odczytać. Był też mężczyzna... Biały fartuch, okularki, łysina i czerwony nos. Doktor!
          W jednej chwili wszystko stało się jasne!
          Przyjechał wieczorem do ośrodka psychiatrycznego w Starogardzie Gdańskim. Spotkał się z doktorem Papierzakiem, który sprytną manipulacją wymusił na nim zgodę na obserwację w szpitalu. Wtedy uzupełnił dokumentację, a kiedy skończył użył guziczka pod biurkiem i zjawiła się góra sadła. Fuj! Przyprowadziła go tutaj i zrobiła zastrzyk...
          Boże, czym go nafaszerowali? Kiedyś często brał prochy, ale nigdy nie czuł się po nich tak potwornie. No może za wyjątkiem dnia, kiedy przedawkował kodeinę.
          Nie potrafił myśleć dostatecznie jasno, więc zamknął oczy i pozwolił sobie na krótką drzemkę.

          Obudził się z lepszym samopoczuciem, choć nie wyobrażalnie zmarznięty. Głowa już nie bolała, a umysł stał się przejrzysty.
          Zesztywniałymi od zimna palcami dotknął ud. Poczuł gęsią skórkę i zdał sobie sprawę, że leży w samych bokserkach. Zjechał dłonią w bok.
          Okazało się, że spał na twardej, wąskiej kozetce. Był bez spodni, bez koszulki, bez dokumentów i kluczyków. Zabrali mu wszystko. Podłe kanalie!
          Usiadł i opuścił nogi na podłogę. Zakręciło mu się w głowie, więc zamknął oczy i przeczekał. Kiedy ponownie je otworzył, uważnie przyjrzał się pomieszczeniu. Było zbyt ciemno, by cokolwiek zobaczyć. Bolały go mięśnie. Jak długo spał? Nieważne, pomyśli o tym później, teraz
trzeba znaleźć drzwi i jakoś się stąd wydostać. Nie lubił ciemności, bo przypominała mu koszmary o dziewczynie.
          Spojrzał w prawo w stronę okienka. Zdążyli już je zamknąć, ale przez malutkie szparki przebijała się wąska smuga światła. Udał się w tamtym kierunku, ostrożnie stawiając stopy i wyciągając przed siebie ręce.
          Dobrnął do drzwi nie napotykając przeszkód. Miał szczęście.
          Dotyk chłodnego metalu rozbudził w nim nadzieję. Opuścił rękę w stronę klamki... Jego dłoń trafiła w pustkę. Klamki nie było. Zaklął pod nosem. Spróbował wypchnąć okienko, ale nie zdołał pokonać solidnych zabezpieczeń. W głowie zaczęło mu dudnić, ręce się pociły. Oparł rozgorączkowane czoło o stal, chcąc nieco ochłonąć i uspokoić emocje. Musiał się zastanowić, ułożyć sensowny plan, bo nie wątpił, że jest jakieś wyjście.
          Jednak nie wytrzymał, po paru sekundach wpadł w straceńczy szał. Walił pięściami w drzwi, wrzeszczał, kopał, rzucał wulgaryzmami, zdzierał paznokcie aż do krwi. Nic tym nie uzyskał. Na korytarzu panowała cisza. Kiedy dobrze się wsłuchał, nie zarejestrował żadnych głosów, kroków, nawet szumu... Poczuł się zdesperowany i osamotniony. Przytłaczała go ciemność, chłód, odizolowanie i jakby tego było za mało, jeszcze zachciało mu się sikać. Nie wiedział, co ma zrobić. Spróbował raz jeszcze zwrócić na siebie uwagę. Bez skutku.
          Ponownie rozejrzał się wokół. Chyba musiała być tu jakaś lampa? Zaczął macać palcami ścianę w poszukiwaniu włącznika. Zarówno z prawej, jak i z lewej strony, nie znalazł nic. W sumie po ludziach pokroju Papierzaka można było spodziewać się wszystkiego. Obmacał ścianę od góry do dołu, zrobił krok w bok i powtórzył czynność. Nic, kompletnie nic! Och, czy naprawdę to go dziwiło? Pełen był pogardy. W końcu sam wymyślił, żeby zgłosić się właśnie do tego ośrodka. To, co się teraz działo, spotykało go na jego własne życzenie.
          Tym czasem ucisk na pęcherz stawał się coraz mocniejszy... Grzesiek postanowił na ślepo wybadać układ pomieszczenia. Jeśli znajdował się w czymś na kształt celi więziennej, to musiał być tu klozet, wiaderko lub cokolwiek, co zaspokoiłoby jego potrzebę. Ostatecznie będzie zmuszony załatwić sprawę w rogu pokoju, co nieprzyjemnie kojarzyło mu się z dworcami, tunelami i klatkami schodowymi, na których mieszkał przez jakiś czas. Aż się wzdrygnął na samą myśl.
          Zrobił zaledwie krok, kiedy stopa zahaczyła o wystający przedmiot i runął jak długi na podłogę. Wyciągnięta ręka przez przypadek uderzyła w kawałek plastiku.
          Sala zalała się jasnym światłem, pochodzącym z nieosłoniętej żarówki zwisającej z sufitu na krótkim kablu.
          Grzegorz ze zdziwieniem spoglądał na obrzydliwie brudne ściany i nawet zdawało mu się, że spod warstwy czarnej skorupy przebija się gdzieniegdzie dawny kanarkowożółty kolor. Odczuwał chłód i ból, ponieważ stał bosymi stopami na kwadratowych kaflach, do złudzenia przypominających płyty chodnikowe. Teraz rozumiał, dlaczego każdy krok czuł jak milion szpilek wbijających się w miękkie poduszki stóp. Po pobieżnej obserwacji Grzesiek stwierdził, że lepiej byłoby, gdyby nie wstawał z kozetki. Na podłodze dostrzegł bowiem plamy rzygowin, moczu, resztek jedzenia a nawet krwi, których od wielu lat nie udawało się usunąć do końca, pomimo usilnych starań personelu. W kącie naprzeciwko drzwi stał stół i dwa plastikowe krzesła z obgryzionymi nogami. Na jednym z nich dostrzegł czyste (jakaż miła odmiana), starannie złożone ubrania. Chwilowo zapomniał o palącej potrzebie.
          Ubrał szare spodnie dresowe i zwykły, biały t-shirt. Nie dostał żadnej bluzy czy swetra, które zabezpieczyłyby go przed zimnem i wilgocią. Podejrzewał, że znajdował się w piwnicy. Nie dostał też żadnego obuwia lub czegokolwiek, co odizolowałoby stopy od lodowatej, nierównej podłogi. I co najgorsze, nie dali mu czystej pary majtek! Grzesiek po prostu nie wyobrażał sobie chodzenia w tej samej bieliźnie dwa dni z rzędu. Może był pedantem, że w takich okolicznościach najbardziej martwił się majtkami, ale dla niego była to rzecz święta. A skoro już skierował myśli w stronę intymnych części ciała, przypomniało mu się, że przecież chciał siku. Spojrzał tęsknym wzrokiem na drzwi, ale wiedział doskonale, że nie zdoła ich otworzyć. Gładka, śliska, stalowa powierzchnia nie kryła żadnych uchwytów.
          Za to w kącie koło łóżka zauważył prowizoryczną ubikację, na którą składał się blaszany, rdzewiejący kibel bez deski oraz taki sam zlew. Dobiegała stamtąd woń stęchłego moczu i Grzegorz odkrył, dlaczego wciąż czuł szambiany smród. Nie było tam przegródki, nawet metrowej, która zapewniłaby chociaż odrobinę prywatności. Lecz Grzesiek nie miał wyboru, ból w dole brzucha nasilał się, a nie miał ochoty zlać się w dopiero co założone spodnie.
          Kiedy tak stał i oddawał mocz, w rogu pod sufitem zauważył małą kamerę z czerwonym oczkiem mrugającym do niego w równych trzy sekundowych odstępach. 

- Jasna cholera! Co to kurwa ma być?! - Z początku zląkł się własnego głosu, taki był obcy, wzmocniony przez echo pokoju z pustymi ścianami, bez okien czy otworów wentylacyjnych. Mimowolnie wzdrygnął się i strumień żółtej cieczy spłynął z gracją po ścianie. - Ja pierdole! Co się ze mną dzieje?! Teraz to dopiero będzie tu jebało! - Pomyślał, że kamera pewnie rejestruje też dźwięk i zrobiło mu się głupio. 

          W każdym rogu mrugała jedna kamera. Cztery rejestratory na taką małą powierzchnię to czyste szaleństwo i marnowanie pieniędzy.
Siedząc na skraju łóżka i starając się ignorować kłucie sprężyny w prawy pośladek, podsumował swoją sytuację. Nie wyglądała zbyt ciekawie: metalowy stół, poobgryzane krzesła, metalowe niewygodne łóżko z materacem twardym jak beton i wychodzącymi sprężynami, które boleśnie wbijały się w kręgosłup i dupsko, blaszany zlew i sedes. Monitoring, zamknięcie, zero kontaktu ze światem zewnętrznym, zero żywego ducha, zero prywatności w najbardziej osobistych czynnościach jak sikanie czy robienie kupy... Zabrali mu klucze do mieszkania, kluczyki od samochodu, portfel, dokumenty, zegarek, łańcuszek, ubrania... Wszystko zniknęło. Nie miał pojęcia gdzie i czemu. Był w czarnej dupie. Utknął w psychiatryku, gdzie personel był bardziej szalony niż pacjenci. A najgorsze było to, że nikt go stąd nie wydostanie, bo nikt nie wiedział, że tutaj jest...
          Pokazał środkowy palec do kamery i zgasił światło, żeby uniknąć wścibskiego wzroku ludzi, którzy oglądali go na swoich monitorkach bóg wie gdzie i zapewne mających z niego niezły ubaw. Mogli go zamknąć, ale nie będą go obserwować jak zwierzątka w zoo.
          Nie wiedział, że są to urządzenia z podczerwienią...

4.

          Tego dnia otworzyły się drzwi i Grzegorz ujrzał w nich grubą, zgarbioną sylwetkę doktora Papierzaka. Był zły na jego widok, lecz zamiast przyjąć pozycję obronną z rękoma założonymi na piersiach, jeszcze bardziej podkulił nogi pod brodę.

 - Przyszliście dalej się nade mną znęcać? - Rzucił, nie patrząc doktorowi w oczy.
- Nie rozumiem o czym pan mówi. Siostro, proszę do mnie! - Do pokoju weszła Pani Brodawka z notesem w ręce. - Proszę dopisać do karty przypuszczenie manii prześladowczej.
- Oczywiście panie doktorze. Jakiś komentarz?
- Och, tak. Proszę napisać, że pacjent uroił sobie spisek przeciwko swojej osobie oraz pacjent uroił sobie, jakoby był poddawany torturom. Cytuje: Przyszliście dalej się nade mną znęcać?” Koniec cytatu. 
- Po co ta cała szopka? - Głos Grześka stał się ostrzejszy. 
- Panie Grzegorzu jaka szopka? Czy to jest Boże Narodzenie? Poddany został pan normalnej, regulaminowej obserwacji psychiatrycznej...
- Nie dostałem żadnego regulaminu! 
- Ależ oczywiście, że pan dostał. Niestety w tym typie choroby zdarzają się przypadki amnezji. Pozwoli pan, że wyrażę się jaśniej. Chorzy tracą poczucie czasu i kontakt z otoczeniem, jest to chwilowe, aczkolwiek zdarza się, że potem nie pamiętają, co w danej chwili robili. 
- Nie będziesz mi doktorku wmawiał, że nie pamiętam, co robiłem! - Grzesiek wstał i zrobił kilka kroków w stronę psychiatry.
- Spokojnie, niech pan usiądzie i pozwoli mi przedstawić rezultaty mojej obserwacji.


          Doktorek był zbyt opanowany, przybrał pokerową twarz i Grzegorz nie mógł nic z niej wyczytać. Jednak miał przeczucie, że to nie koniec. Właśnie nadszedł moment, w którym Papierzak przypnie do niego wymyśloną chorobę, a im poważniejsza, tym lepiej, bo leczenie dłuższe... Znał takich jak on, podłych gnojków! No cóż, wobec losu jesteśmy bezsilni. Usiadł.

- Dziękuję, tak jest o wiele lepiej. Panie Grzegorzu, niech pan wysłucha mnie uważnie, ponieważ pański przypadek jest bardzo poważny. Przez dwa dni domniemanych wizji, o których pan mówił, nie było. Uznaliśmy więc, że pański pobyt w ośrodku to nieporozumienie. Wydawał się pan całkowicie zdrowy na umyśle...
- To dlaczego wciąż mnie tu trzymacie?!
- Chwileczkę, chwileczkę. Przez dwie doby nie zaobserwowaliśmy nic, jednakże potem przyszedł dzień trzeci i na własne oczy widzieliśmy atak...
- Co?! Jaki atak?! To niemożliwe! Dziewczyny nie było!
- Wie pan, nie wiem czy była, czy nie była. - Wzruszył ramionami. - Podawaliśmy panu silne leki nasenne...
- Leki?! Kiedy?! Przecież nikt do mnie przychodził!
- Ale kolacyjka zawsze smakowała, co? - Rzuciła Alina.
- Halo, halo! Proszę o spokój! Tak więc podawaliśmy panu leki nasenne i o godzinie, równo, 22:22 spał pan mocnym snem, więc naturalnym jest, że może pan tego nie pamiętać. My natomiast dysponujemy nagraniami, które dokładnie o tej godzinie zarejestrowały atak.
- Nie rozumiem... Jaki atak?!
- Atak psychozy panie Krasiak. O godzinie 22:22 usiadł pan na łóżku, akcja serca gwałtownie podskoczyła, oddech przyspieszył, przez ponad pół godziny nieznacznie pan drżał. Następnie o godzinie punkt 23:00 rzucił się pan do tyłu, uderzając z impetem głową w ścianę, potem rzucił się pan na poduszkę, skulił do pozycji embrionalnej i zaczął się bujać. Oblewał pana pot. Fale mózgowe przeżywały istny sztorm. Tym, co nas zaniepokoiło był fakt, iż sytuacja taka powtarzała się przez kolejne trzy dni.
- Kolejne trzy dni?! Ile ja tu jestem?! W co ty pogrywasz doktorzyno?! - Grzesiek wstał.
- Proszę się uspokoić, proszę usiąść...
- Nie będę spokojny! I nie będę siedzieć! Albo wypuścicie mnie w tej chwili, albo rozsmaruję twoją przepitą mordę na ścianie!
- Siostro propofol 25 mg, szybko!

          Papierzak złapał atakującego Grzegorza, krępując jego ruchy i wystawiając ramię do zastrzyku. Igła weszła jak w masło i po chwili Grzesiek stracił przytomność.
          Alina zaś, przyprowadziła wózek i razem z doktorem, wspólnymi siłami zdołali usadzić na nim bezwładne ciało mężczyzny. Kiedy już zabezpieczyli jego nogi i ręce przed opadaniem, zawiozła go na oddział psychiatryczny, gdzie miał dostać osobny pokój z oknami bez klamek, białymi ścianami i z pięknym widokiem na las.


***
Zachęcam was do komentowania! :D To nie gryzie.
Kolejny rozdział w poniedziałek. 
Pozdrawiam 

***
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz