Opowiadanie o dniu, którego raczej nikt z Nas nie chciałby przeżyć.
Młoda dziewczyna. Od rana wszystko idzie nie tak. Jakby tego było mało, jej narzeczony ciągle ma status "Zaraz Wracam". Nawet kiedy powinien skończyć pracę nic się nie zmienia. Ona boi się, że coś mu się stało, więc do niego jedzie. Tylko, że po drodze na skutek, jak się później okaże, przywidzenia skręca nad jezioro.
Ledwo uchodzi stamtąd z życiem.
Wycieńczona ucieka do biura, w którym pracuje Grzegorz. Tam dokonuje makabrycznego odkrycia!
Jednak prawda może okazać się jeszcze gorsza...
Tego dnia wróciłam z uczelni bardziej znużona niż
zwykle. Zaraz też weszłam na Gadu Gadu. Kilka godzin temu padła mi
bateria w telefonie i straciłam kontakt ze światem. Najbardziej
dała mi się we znaki tęsknota za narzeczonym. Grzesiek pracował w
biurze ubezpieczeń, codziennie od dziewiątej do siedemnastej.
Miał status ZW. Nie przejęłam się tym, ponieważ
mógł mieć klienta. Zrobiłam sobie zupkę chińską i cierpliwie
czekałam.
Jednak minęła godzina, a potem kolejna i nic sie nie
zmieniło. Po minucie gorączkowego myślenia, postanowiłam, że
jednak do niego napiszę. Może zwyczajnie siedział obok komputera i
nie robił nic szczególnego, a statusu nie zmienił, bo zapomniał.
Tak, na pewno o to chodziło. Nie zauważył, że już jestem, dlatego
się nie odzywał. W taki sposób sama siebie uspokajałam, bowiem
zaczynałam odczuwać coraz większe zdenerwowanie.
Wprowadziłam plan w życie. Wpisałam trzy literki,
które ułożyły się w słowo „hej“ i wcisnęłam enter.
Poleciało.
Nic. Cisza. Zero odpowiedzi. Nie pozostawało mi nic
innego, jak tylko czekać dalej.
Zbliżała się siedemnasta. Fakt ten wywołał uśmiech
na mojej twarzy. Grzesiu zaraz będzie zamykał, więc zobaczy moją
wiadomość i odpowie. 16.59 – serce waliło mi coraz mocniej i
mocniej. Siedemnasta minęła bez zmian. To jeszcze nie tragedia.
Czasem wychodził pięć albo dziesięć minut później. Widocznie
musiało zatrzymać go coś ważnego. Martwiłam się. Nie potrafiłam
zdefiniować przyczyny, ale czułam bezgraniczny strach i panikę.
Kiedy o wpół do szóstej wciąż milczał i nie wyłączał
komputera, bardzo się zdziwiłam. Panika narastała. Chwyciłam
komórkę, która zdążyła się już naładować, i wybrałam jego
numer...
W tej samej chwili w głębi kuchni usłyszałam
znajomy dzwonek. Pobiegłam w tamtą stronę, przekonana, że za
chwilkę Grzesiek wyskoczy zza drzwi i oboje uśmiejemy sie do
rozpuku z jego głupiego, dziecinnego żartu.
Niestety... Zawiodłam się. Ukochanego tam nie było.
Był za to, na stole, jego czarny Samsung. Widocznie zapomniał go
rano.
Wróciłam przed komputer. Przy nazwie „kochanie“
wciąż widniało złowieszcze „zaraz wracam“. Dochodziła
szósta. To do niego niepodobne! Przestraszyłam się nie na żarty.
Nigdy nie musiał tak długo zostawać w pracy. W dodatku nie
wiedziałam, co się dzieje.
Nasze mieszkanie było w centrum miasta, zaś biuro na
obrzeżach. W jakieś dwadzieścia minut byłabym na miejscu. Nie
zwlekałam.
Chwyciłam za kurtkę, torebkę i kluczyki od samochodu.
Wybiegłam na parking. W roztargnieniu skręciłam w złą stronę i
już przeraziłam się, że ukradli mi auto! Ale szybko spostrzegłam
swój błąd i po krótkiej chwili siedziałam za kółkiem.
Jak na
złość silnik nie chciał zaskoczyć! Przeklęty stary gruchot!
Rzęził, krztusił się, ale nie zapalał. Walnęłam z furią w
kierownicę, po okolicy rozległ się głośny dźwięk klaksonu, aż
podskoczyłam ze strachu. W oczach pojawiły się łzy...
Wszystko
dzisiaj szło nie tak! Najpierw zawaliłam ważny egzamin poprawkowy
z zeszłego semestru, potem w supermarkecie, po półgodzinnym staniu
w kolejce, okazało się, że moja karta ma jakiś błąd i nie łączy
sie z bankiem, nie miałam gotówki, więc purpurowa ze wstydu
odłożyłam towary na półkę. Później ta akcja z Grzegorzem, a
teraz na dokładkę jeszcze ten złom!
Mimo wszystko raz jeszcze
przekręciłam kluczyk...
Silnik ożył z niezdrowym rykiem. Ruszyłam. Walcząc
ze skrzynią biegów, wrzuciłam dwójkę i włączyłam się do
ruchu.
Nie ma co gadać, spieszyłam się i to bardzo. Jeśli
teraz Grzesiek zdecydował się wrócić do domu, to bardzo łatwo
mogliśmy się minąć. Jak na złość, zgodnie z powiedzeniem, że
jeśli danego dnia spotkał cię pech, to spodziewaj się większego,
utknęłam w piętnastometrowym korku na jednym z głównych
skrzyżowań miasta. Szlag by to...! Kiedy po dwudziestu minutach
mogłam swobodnie jechać dalej, wybrałam boczne uliczki, aby
ponownie nie wpakować się w coś podobnego.
Od celu dzieliły mnie mniej niż dwa kilometry, gdy
nagle po lewej stronie drogi ujrzałam Grześka! Tak mi się
bynajmniej zdawało: ta sama sylwetka, chód, ubranie... Zniknął na
leśnej ścieżce prowadzącej nad jezioro. Bardzo się spieszył. Po
co, do cholery, tam szedł?! Przecież wiedział, że na niego
czekam! A może... Nie, nie on... Kochanka? Nie, to na pewno nie w
jego stylu... Na wiosnę mieliśmy się pobrać, więc wątpiłam, że
skusiłby się na coś równie szalonego. Musiałam się przekonać,
co ciągnie go nad jezioro w ten zimny październikowy wieczór.
Dochodziła siódma, ściemniało się.
W szybko zapadającym mroku widziałam go coraz gorzej,
ale niezłomnie podążałam dalej. Nagle zniknął za zakrętem...
Moim oczom ukazała się plaża i samotny pomost, którego stan
techniczny pozostawiał wiele do życzenia. Mojego narzeczonego
nigdzie nie było. Zupełnie jakby zapadł się pod ziemię, co ze
względu na znacznie odsłonięty teren i krótką odległość nas
dzielącą, było niemożliwe. Wysiadłam z samochodu, nie gasząc
świateł. Naprawdę było już ciemno.
Obeszłam całą polanę i obrzeża lasu wołając
jego imię. Odpowiedziała mi cisza. Dalej nie śmiałam się
zagłębiać. Nagle zdjął mnie lęk. Atmosfera tego miejsca lęk
ten jeszcze pogłębiała. Tknięta niedobrym przeczuciem, że mógł
wpaść do wody, przeszłam pomostem. Nigdzie ani śladu żywej
duszy. Zatrzymałam się na końcu. Woda spokojnie stała, muskana
delikatnymi falami. Wiał chłodny, jesienny wietrzyk. Rozejrzałam
się wokół... Byłam całkiem sama. Usłyszałam szmer i
momentalnie odwróciłam się do brzegu. Coś się działo! Coś
złego!
Koszmar! Mój samochód wolno staczał się do wody!
Jak to?! Przecież doskonale pamiętałam, że zaciągnęłam ręczny,
a w dodatku zaparkowałam jeszcze daleko przed wzniesieniem – na
płaskim terenie! Byłam tego pewna w stu procentach. Zerwałam się
i pobiegłam w tamtą stronę, istniały szanse, że jeszcze zdołam
zapobiec katastrofie! Nie uśmiechało mi się iść dwa kilometry do
ulicy. Cóż za pechowy dzień, nosz k...!
Poślizgnęłam się w połowie drogi i upadłam.
Niecały metr a wylądowałabym w wodzie. Brrr! Wstałam i ruszyłam
dalej...
Nagle z każdym moim kolejnym krokiem zaczęły łamać
się deski, z których dopiero co zeszłam. Jedna po drugiej
trzaskały z hukiem, gdy tylko zdjęłam z nich stopę. Zupełnie
jakby coś dużego i ciężkiego spadało na nie z wysoka. Mój
niewinny bieg do brzegu przerodził się w walkę o życie. Zerwał
się paskudny wiatr i zaczęło kropić. Pomost trzeszczał w
posadach, jakby zaraz miał się zawalić. Brakło mi tchu, gdyż
serce panicznie łomotało w piersi. Chciałam na chwilę przystanąć,
żeby złapać oddech, ale poczułam pod stopami pękające drewno i
w ostatnim momencie rzuciłam się do przodu... Uff... Mało
brakowało.
Wraz z tą myślą stało się coś, czego nijak nie
potrafiłam wytłumaczyć. Moja racjonalna psychika była w stanie
wytłumaczyć staczające się z góry auto. Może źle zapamiętałam,
gdzie go zostawiłam? Może linka ręcznego pękła? Boże! Może nie
byłam tu sama?! Równie dobrze mogłam wytłumaczyć łamiące się
deski, w końcu konstrukcja miała kilkanaście lat, nieodnawiana
pewnie zgniła i stąd ta cała heca... Tak myślałam, aż do
chwili, kiedy trzy metry przede mną pękła deska pierwsza z brzegu.
To nie było logiczne... Potem w ekspresowym tempie dołączała do
niej kolejna i kolejna. To do cholery nie było zupełnie logiczne!
Niepewnie stąpałam krok po kroku. Powoli kończyły mi się ruchy.
Może jeszcze metr, a potem co?
Chwila nieuwagi i zamyślenia wystarczyła. Usłyszałam
suchy trzask i nogi się pode mną zapadły. Próbowałam jeszcze
chwycić się czegokolwiek, lecz nadaremno. Z wielkim pluskiem, który
w panującej wokół ciszy odbił się potężnym echem, wpadłam do
wody...
Poczułam niewyobrażalne zimno i wstrząsnął mną
dreszcz. Nie to jednak było najgorsze. Zdezorientowana nie zdążyłam
nabrać powietrza, w nosie miałam wodę, która gładko dostała się
do gardła. Zanurzałam się coraz bardziej, nie mogąc sięgnąć
dna... W tym miejscu poziom wody sięgał może dwóch metrów,
nieszczególnie głęboko, jeśli umiesz pływać... Ja nie umiałam!
To potęgowało odczucie końca.
Przed oczami stanęło mi kilka
pięknych chwil z życia. W gardle drapało, zachłysnęłam się i
bezwiednie otworzyłam usta... W górę uleciały bąbelki
powietrza... A więc to tak wygląda śmierć? Czułam niemoc w
każdej części ciała. Najpierw nogi odmówiły mi posłuszeństwa,
potem ręce, które coraz słabiej młóciły dookoła. Coś
zaciskało swe szpony na mojej klatce piersiowej... To bolało i
piekło! Zaczęłam tracić świadomość, kręciło mi się w
głowie, piszczało w uszach. Zimno przenikało do szpiku kości...
Śmierć wcale nie jest piękna, wbrew ogólnym opiniom.
Jakaś część mnie przedarła się do mózgu i
krzyknęła: „Jesteś za młoda, żeby umierać! Masz dopiero
dwadzieścia dwa lata, dwadzieścia dwa lata kobieto! To nie czas na
śmierć, tym bardziej taką śmierć!“.
Dosłownie na chwilę odzyskałam czucie w kończynach
i prawą stopą wyczułam miękkie dno! Niebiosa czuwają?
Odepchnęłam się mocno i wyskoczyłam w górę. Przez kilka sekund,
zanim ponownie się zanurzyłam, zdołałam wypluć z ust wodę i
błyskawicznie zaciągnąć powietrza. Tym razem energia kinetyczna
sprawiła, że szybciej osiągnęłam dno i ponownie wystrzeliłam w
górę. Przez kilka sekund łapczywych oddechów, waliłam rękoma
gdzie popadnie, a nóż widelec, to mi pomoże? Obraz śmierci
odszedł w niepamięć, a na jego miejsce pojawiła się nadzieja.
Nie na długo...
Za trzecim razem, kątem oka zauważyłam, że samochód
toczy się po pomoście (po drugiej stronie – tej dobrej). Za
czwartym nabrał prędkości... Za piątym był już całkiem blisko
i zanosiło się na to, że zaraz na mnie spadnie... Teraz, po tej
heroicznej walce o tlen, miałam utonąć pod ciężarem własnego
samochodu?! Sekundy mijały... Przy ponownym wynurzeniu ujrzałam jak
przednie koła trafiają na nicość i ciężar czarnego sedana
przenosi się na przód... Auto zaczęło spadać...
Nie pamiętam, jak tego dokonałam... ale ocknęłam
się na brzegu. Mokra, zmarznięta, wstrząsana dreszczami,
wyczerpana i bez samochodu. Ostry wiatr chłostał mnie w twarz,
ubranie sztywniało od zimnego powietrza. Leżałam na wznak, ciężko
oddychając, nie mając siły na żaden ruch. Drzewa szumiały
złowrogo. Z prawej strony słyszałam ciche szuranie. Jakby ktoś
się zbliżał...
Naprawdę nie miałam siły... Chyba ostatkiem,
sięgnęłam do kieszeni po telefon. Chociaż znając dzisiejszego
pecha, pewnie nie będzie zasięgu...
Och! Pobożne życzenie! W ogóle nie było telefonu!
Musiał mi wypaść, tam w wodzie. Szuranie zbliżało się coraz
bardziej. Gdzieś niedaleko złamała się gałązka... Zamknęłam
oczy i zaczęłam liczyć do dziesięciu, ale odgłosy tylko
narastały. Otworzyłam oczy wielkie z przerażenia, ale w tej
ciemności nie mogłam nic dostrzec. Na czole skroplił się pot, a
na przedramiona wystąpiła gęsia skórka. Zamknęłam umysł na
wszelkie doznania cielesne i rzuciłam się do ucieczki.
Po około trzech metrach dobiegł mnie z tyłu potworny
łoskot i plusk. Pomost się zawalił.
Na skraju lasu, nagły podmuch wiatru cofnął mnie z powrotem na polanę. Potknęłam się piętą o korzeń i spadłam
na plecy. Głowę przeszył mi ból, przed oczami stanęły mroczki.
Palce natrafiły na gęstą i lepką ciecz. Miałam dość spore
rozcięcie na potylicy. Znów usłyszałam kroki. Ogarnęła mnie
jeszcze większa słabość, ale zdołałam wstać i chwiejnym
krokiem ruszyłam w stronę miasta. Wiatr całkowicie zmienił
kierunek i przybrał na sile. Z trudnością przedzierałam się
przez powietrzną ścianę. Definitywnie chciał mnie rzucić znów
na otwarty teren, wzbraniał schronienia między drzewami. Jakaś
nienaturalna siła pchała mnie w miejsce, z którego ledwo uszłam
żywa.
Parłam dzielnie do przodu, choć piasek i igliwie
sypały mi w twarz. Deszcz niemiłosiernie zacinał... Widziałam
tylko to, co przede mną i to dość niewyraźnie. Po bokach
ciemniały wysokie cienie drzew. Droga była nieco jaśniejsza.
Miałam tylko nadzieję, że w tej ciemności nie pomyliłam stron i
szłam w dobrym kierunku. Z wyciągniętymi przed siebie rękoma
musiałam wyglądać jak lunatyk. Szłam i szłam, a zbawiennych
świateł ulicy nie było widać. Co prawda posuwałam się bardzo
wolno, było tu pełno nierówności, dołów i korzeni.
Właśnie przez gruby wystający korzeń, znowu się
potknęłam. Upadłam na kolana, czując jak małe kamyczki rozcinają
skórę. Ręce poharatałam aż po łokcie. Słabłam z minuty na
minutę. Próbowałam się podnieść, lecz bezskutecznie. Musiałam
chwilę odpocząć...
Wsłuchałam się w otoczenie. Poza wiatrem i deszczem
nie słyszałam niczego. Kroki, szuranie, to wszystko ucichło.
Zaśmiałam się w duchu, przecież to i tak tylko wytwory mojej
wyobraźni. W takim miejscu jak to i po takich przeżyciach można
sobie wmówić cokolwiek i będzie się w to święcie wierzyło,
wystawiając na próbę swoje zdrowie psychiczne. Usiadłam i
wybuchłam śmiechem. Przecież to było tak niedorzeczne, tak
groteskowe, że aż wstyd się komukolwiek przyznać, iż sama siebie
zdołałam tak nastraszyć!
Oddychałam wolno i głęboko. Serce powoli się
uspokajało. Deszcz zmniejszył intensywność. Wiatr również
zdawał się ustawać. Nie wiedziałam, ile czasu minęło. Grzesiek
pewnie dawno wrócił do domu i zachodził w głowę, gdzie też się
podziewałam. Musiał martwić się tak samo, jak ja wcześniej.
Grzesiek! Prawie zapomniałam! Skoro to nie jego
widziałam na tej drodze, to kogo? Facet musiał zauważyć, że za
nim jadę i ukrył się w krzakach. Potem spuścił mój samochód,
żebym nie mogła uciec i żeby zatrzeć ślady... To niegłupi
pomysł! A skoro był ze mną tam, to teraz też jest gdzieś
niedaleko. Obserwuje zdobycz i obmyśla plan... Pieprzony gwałciciel!
Muszę uciekać! To przestało być zabawne!
Odwróciłam się i chciałam wstać, ale dostrzegłam
cień przed sobą... Bardzo blisko. Stał na wyciągnięcie ręki.
Szybko się podniosłam, żeby nie leżeć na ziemi jak ofiara, tylko
w razie czego móc się bronić.
Spojrzałam w jego twarz...
- Grzesiek?!
Nie wierzyłam własnym oczom. Pomimo mroku, dokładnie
widziałam każdy szczegół. Te same niebieskie oczy, lekko
skrzywiony nos, zarys szczęki i kości policzkowych... Ta sama
kurtka i koszula, w której widziałam go rano. Nie myślałam już o
gwałcicielu – mordercy. Przede mną stał mój narzeczony.
Niemożliwe! Wyciągnęłam rękę. Musiałam przekonać się, że
jest prawdziwy, że nie jest majakiem spowodowanym gorączką! Wiatr
zawiał mi w plecy. Zachwiałam sie i poleciałam do przodu...
Dłoń natrafiła w pustkę. Grzegorz zniknął!
Wpadłam na drzewo...
Przeżegnałam się prędko. Działo się coś
dziwnego! A poza tym czułam jak gorączka rozpala mi czoło.
Zebrałam resztkę sił i pobiegłam...
Nie zatrzymywałam się ani na chwilę. Czułam się
osaczona i ścigana własnym szaleństwem. Dojrzałam światła i
pognałam jak głupia. Potykałam się co chwilę i nie mogłam
złapać tchu. Zdyszana dusiłam się i zbierało mi się na
wymioty...
Kiedy moja stopa dotknęła asfaltu, rzuciłam się na
ziemię. Szaleńczy śmiech wypłynął mi z ust, a zaraz potem
wybuchłam histerycznym płaczem. To było jak sen! Po przeżyciach
nad jeziorem i w lesie wydawało mi się, że jestem w innym świecie.
Deszcz przestał padać i wiatr zupełnie ustał. Po
drugiej stronie ulicy spacerowało młode małżeństwo z dwójką
dzieci. Starszy chłopiec pchał wózek z niemowlakiem, a rodzice
gawędzili wesoło. Trzech nastolatków śmignęło koło nich na
rowerach. Niedaleko mnie staruszek o lasce wyprowadzał na smyczy -
równie jak on - starego kundelka. Z tyłu wyraźnie widziałam jak
obaj kurczą się w sobie pod ciężarem lat. Były i inne osoby. Co
rusz przejeżdżał samochód albo skuter.
Każdy rzucał na mnie ukradkowe spojrzenia i
przyspieszał. Musiałam wyglądać strasznie! Cała mokra,
potargana, brudna, z podartymi ciuchami i widocznymi przez dziury
zadrapaniami. I ta krew na włosach i rękach! Leżałam na ulicy jak
pijany menel spod monopolowego. Nic dziwnego, że w oczach
przechodniów widziałam wstręt.
Staruszek z psem zawrócił. Kiedy mnie spostrzegł,
paroma śpiesznymi krokami przeszedł na drugą stronę ulicy. Tam
wyciągnął telefon i przyłożył do ucha...
Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że
prawdopodobnie dzwoni na policję. Zmobilizowałam raz jeszcze
resztkę sił i ciężko podniosłam się na nogi. Nie mogłam tu
tkwić i czekać, aż zwiną mnie na posterunek. Do domu było
daleko. Pieniędzy na miejski nie miałam. Zdecydowanie bliżej i
łatwiej było dojść do biura. Co prawda Grzegorz raczej już tam
nie siedział. Nawet jeśli, to tam bynajmniej mogłam zaszyć się z
tyłu budynku i spokojnie odpocząć, wtedy wymyślę, co robić
dalej.
Gdy skręciłam w tę uliczkę zdecydowanie
przyspieszyłam kroku! W oknach paliło się światło! Jednak
Grzesiek wciąż tam był! Nie zamierzałam zastanawiać się nad
dziwnością tego zjawiska i możliwymi niewygodnymi dla mnie
przyczynami. Było mi zimno, chciałam jak najszybciej znaleźć się
w środku, skoro już wiedziałam, że w biurze ktoś jest i mam się
gdzie schronić.
Jednak im bliżej podchodziłam, tym bardziej dręczyły
mnie myśli. Co się stało? Co on tam robił? Dlaczego nie wrócił
do domu? Co przede mną ukrywał?
Przeszłam przez ulicę i przez masywne, dębowe,
dwuskrzydłowe drzwi weszłam do holu. Z wielkim wysiłkiem, ale
napędzana adrenliną z powodu jego tajemnicy, wspięłam się po
schodach na piętro. Na drzwiach po lewej stronie, tuż pod tabliczką
„UNŻ Ubezpieczenia“ z godzinami otwarcia, wisiała kartka z
napisem, który zjeżył mi włoski na karku... „ZARAZ WRACAM“
krzyczała czerwonymi literami aż z daleka. Nie było to bynajmniej
jego pismo...
Przestraszyłam się. Och, nie obawiałam się, że coś
się stało, o nie... Raczej mój strach miał inne podłoże,
bardziej osobowe. Grzegorz musiał być bardzo, ale to bardzo czymś,
lub kimś!, zajęty. Narastała we mnie irytacja, frustracja i złość!
Cały dzień był jedną wielką pomyłką, a teraz miał się
skończyć wręcz koncertowo!
Z przekonaniem, że drzwi i tak są zamknięte od
środka, szarpnęłam klamkę... O dziwo, ustąpiła! W głowie
dokładnie widziałam obraz, który zaraz ujrzę... On z jakąś
panienką w niedwuznacznej sytuacji. Speszone miny, pośpieszne
ubieranie i jego słowa, nic niewarte banały, których i tak nie
będę słuchała. Zebrałam się w sobie i przekroczyłam próg...
- O boże!!! - Wyrwało mi się. - Nie, nie, nie! Tylko
nie on! Nie ty!!! Grzesiek! Grzesiek! Boże, nie!!! Dlaczego, kurwa,
dlaczego?! Coś ty zrobił?!
Takiego widoku się nie spodziewałam! Po stokroć
wolałabym tę pieprzoną kochankę... Ale to? Nie, nie, nie...
Wszędzie dookoła było czerwono od krwi. Biurko, a na
nim dokumenty, segregatory i zeszyty uwalane były od krwi. Lepka maź
pokrywała klawiaturę i cały ekran monitora. Strugi zasychającej
wydzieliny oblepiały bok mebla. Grzesiek siedział odwrócony do
zasłoniętego okna. Prawy rękaw białej koszuli przesiąknięty był
czerwienią.
- Kochanie, co tu się stało?
Nie odpowiadał. Spytałam ponownie podnosząc glos...
Zero reakcji. Dopiero po chwili zorientowałam się, że głowę miał
pochyloną, a ramiona skulone. Cokolwiek tu się wydarzyło musiał
być w szoku! Podeszłam do niego. Na podłodze widniały rozmazane
krwawe smugi i niewielka kałuża. Fuj! Musiałam w to wdepnąć, nie
było innej drogi. Delikatnie dotknęłam jego ramienia...
- Grzesiu, kochanie...
W pierwszym ułamku sekundy, zdziwiło mnie to, jaki jest zimny i jakiś taki... sztywny? Potem odskoczyłam z przerażenia! Poślizgnęłam się i upadłam, wprost w kałużę krwi... Jego krwi!!!
Widocznie
musiałam pociągnąć go do siebie, gdyż ciało odchyliło się na
oparcie, a głowa opadła... Co ja gadam! Głowa prawie odpadła!
Wisiała pod bardzo dziwnym kątem, trzymając się na kilku tylnych
i kilku prawych ścięgnach... Ktoś poderżnął mu gardło! Cały
przód koszuli i spodnie zdobiła zaschnięta krew. W miejscu jego
szyi ziała ogromna ciemna, krwawa dziura... Skórę miał
niewyobrażalnie wręcz szarą, a na twarzy to prawie białą... Usta
ciemne. Wyglądał trochę jak klaun z amatorskim makijażem. Piękne
niebieskie oczy, które tak mnie zawsze zachwycały, były zasinione,
puste i mętne. Pozostały wybałuszone ze strachu... Gdy
w nie spoglądałam przechodziły mnie dreszcze… Mimo pustki były
takie przenikające, straszne, zionęło z nich zło. A jednocześnie
gdzieś w ich głębi krył się ból...
Nie śmiałam się
ruszyć! Tego było dla mnie za wiele. Pomyślałam, że mam
halucynacje. Chciałam przetrzeć oczy dłonią... Wtedy zobaczyłam
krew! Zakręciło mi się w głowie i pociemniało w oczach...
Ocknęłam się po
jakimś czasie. Zegar koło drzwi wskazywał dwudziestą drugą. Nie
bardzo pamiętałam, gdzie jestem. Leżałam na wznak. Ubranie kleiło
się od czegoś, co w niektórych miejscach zdążyło już zaschnąć,
tworząc sztywną skorupę... Sztywną? O boże! Grzesiek! Proszę,
żeby to był tylko sen...
Usiadłam z
zamkniętymi oczami. Wypowiedziałam jego imię, ale nikt nie
odpowiedział. Z drżącym ciałem i mocno bijącym sercem,
otworzyłam jedno oko... Znów zrobiło mi się słabo, a głowę
ogarnęła ciemność. Chwyciłam się ściany i policzyłam do
trzech...
Był tam nadal.
Nadal martwy. A te oczy...
Nie wytrzymałam.
Rzuciłam się do niego i je zamknęłam, nie mogłam znieść tej
przenikającej, pełnej bólu pustki, tego zła, które z nich
wypływało...
Po raz pierwszy
uświadomiłam sobie, że on umarł. Już nie wróci - to nie żart...
Łzy napłynęły mi do oczu. Niewiele myśląc zdjęłam swoją
mokrą kurtkę i zakryłam zwłoki, przynajmniej tyle ile się dało.
Zadzwoniłam na
policję i poczekałam na korytarzu...
Przyjechali chyba w
dziesięć minut. Zaraz potem zjawiła się karetka i karawan. To
była długa noc...
Dostałam koc i
kubek ciepłej herbaty. O zastrzyk uspokajający też nie musiałam
prosić. Opatrzyli mi ranę na głowie i poturbowane kolana i ręce.
Na szczęście rany były powierzchowne. Policjanci zrobili
oględziny, zabezpieczyli ślady i zapieczętowali drzwi. Potem
wzięli mnie na komisariat. Byli bardzo ciekawi, dlaczego jestem taka
poturbowana, co wiem o zdarzeniu, dlaczego jest tam tyle moich śladów
i czemu zwlekałam z telefonem...
Chyba podejrzewali mnie o
morderstwo...
Trzymali mnie do
rana, nie zwracając uwagi na moje wycieńczenie i załamanie.
Maglowali w kółko tymi samymi pytaniami... Odpowiadałam
cierpliwie, tłumaczyłam, ale zdawali się być głusi. Zawsze, gdy
dochodziłam do wydarzeń znad jeziora, spoglądali na mnie jak na
wariatkę i rzeczowym tonem oświadczali, że badają tę sprawę.
Moje pytania, kiedy mnie wypuszczą, zbywali jakimiś tanimi
frazesami, typu: jeszcze jedno chcemy wyjaśnić, albo: musimy
poczekać na wyniki śledztwa z lasu. Irytowało mnie to. Ledwo
trzymałam się na nogach, oczy same się zamykały, żołądek
kanonadą żenujących dźwięków domagał się jedzenia, coraz
trudniej zachowywałam przytomność umysłu. Dochodziła trzecia.
Widząc, że nic sensownego już ze mnie nie wycisną, zaoferowali mi
kozetkę w celi, żebym trochę wypoczęła. Najchętniej zaśmiałabym
się im prosto w twarz!
- Czy jestem aresztowana?
- Na tym etapie śledztwa ciężko cokolwiek powiedzieć... - Odparł gruby komisarz z fajką w ustach.
- Czy jestem aresztowana?
- Powiedziałem już pani...
- To niech pan mi powie jasno! Czy jestem aresztowana?
- W świetle prawa to...
- Nie, nie jest pani aresztowana. - Powiedział drugi.
- W takim razie, chciałabym...
- Panie komisarzu! Właśnie wrócił patrol z lasu! - Powiedziała ciemnowłosa policjantka, która podekscytowana wpadła do pokoju.
- W tej sytuacji wydaje mi się, że musi pani jeszcze poczekać. Adam idziemy.
No cóż...
Zostałam sama ze swoimi ponurymi myślami...
Po pół godzinie
dobiegła mnie zza drzwi głośna wymiana zdań. Dwaj śledczy,
którzy prowadzili przesłuchanie, wyraźnie byli czymś poruszeni.
Drzwi otworzyły
się z rozmachem i obydwaj wtargnęli do sali.
- No to dużo się
wyjaśniło, proszę pani!
- To znaczy?
Znaleźliście coś?! - Spytałam.
- Owszem.
- Ale nie będzie
pani zadowolona. - Dodał gruby.
- Chcielibyśmy
jeszcze raz panią przesłuchać.
- Ale jak to?!
Przecież już powtarzałam to kilka razy!
- Mamy nowe dowody. -
Gruby uśmiechnął się złośliwie.
- Eh, dobrze...
miejmy to już za sobą...
Istotnie tym razem
przedstawili całe zdarzenie w zupełnie inny sposób. Zaczęłam się
gubić. W głowie aż mi huczało od nowych informacji. Zupełnie
jakby ktoś przywalił mi obuchem.
- Tak więc, widzi
pani, że teraz wygląda to zupełnie inaczej. - Powiedział Adam.
- Jest pani
aresztowana pod zarzutem popełnienia przestępstwa z artykułu 148,
paragraf 2, punkt pierwszy kodeksu karnego, tj. popełnienia
morderstwa ze szczególnym okrucieństwem. Od tej chwili wszystko,
co pani powie może zostać użyte przeciwko pani. Przysługuje pani
również prawo do adwokata, jeżeli nie posiada pani swojego,
zostanie pani przydzielony obrońca z urzędu... - rzekł gruby.
Patrol działający
w lesie i nad jeziorem przedstawił wiele faktów, które mnie
zszokowały. W ciemnej, chłodnej celi mogłam jeszcze raz na
spokojnie wszystko przemyśleć...
Po pierwsze, co
wydało mi się absolutnie niedorzeczne, nie znaleźli ani wraku
samochodu na dnie jeziora, ani żadnego samochodu w pobliżu, ani
nawet śladów, które wskazywałyby na to, że pojechałam tam
autem.
Okazało się, że
cały wieczór mój sedan stał na parkingu a ja ani razu się do
niego nie zbliżyłam, co widać na kamerach monitoringu.
Po drugie... Uwaga!
Na miejscu nie stwierdzili jakoby pomost się zawalił lub uszkodził.
Był w nienagannym stanie a wszystkie deski były na swoim miejscu...
Mój umysł nie potrafił przyjąć tego do wiadomości. To
niemożliwe! Pamiętam, co widziałam i jak ledwo co uszłam śmierci!
Po trzecie, ludzie,
którzy widzieli mnie na ulicy (w tym staruszek z psem, który wezwał
policję) zeznali, iż leżałam u wylotu drogi poturbowana, z
zakrwawionymi rękami i brudnymi od tejże krwi ubraniami. A przecież
dopiero później, w biurze, zachlapałam je, kiedy zemdlałam. Mało
tego, znaleźli się również świadkowie twierdzący, że widzieli
jak idę pieszo (!) w stronę jeziora cała upaćkana czerwoną
substancją, nie reagując na nawoływania, widocznie pogrążona w
szoku.
A po czwarte, w
krzakach przy leśnej drodze znaleźli zakrwawiony nóż. Krew
należała do Grzegorza, zaś odciski palców wskazywały, że to ja
go zabiłam...
Nie rozumiałam z
tego kompletnie nic...
+++
Zapraszam do komentowania! Jeśli się podobało napiszcie. Jeśli nie dało się czytać, też napiszcie, a co mi tam! A tak na poważnie... Konstruktywna krytyka mile widziana, albowiem jestem tylko nędznym człowieczkiem, dla którego popełnianie błędów to część natury. :)
+++
Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabraniam kopiowania i udostępniania tekstu bez mojej zgody.
+++
Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabraniam kopiowania i udostępniania tekstu bez mojej zgody.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz