poniedziałek, 4 czerwca 2018

Kochanie, Zaraz Wracam

Opowiadanie o dniu, którego raczej nikt z Nas nie chciałby przeżyć.
Młoda dziewczyna. Od rana wszystko idzie nie tak. Jakby tego było mało, jej narzeczony ciągle ma status "Zaraz Wracam". Nawet kiedy powinien skończyć pracę nic się nie zmienia. Ona boi się, że coś mu się stało, więc do niego jedzie. Tylko, że po drodze na skutek, jak się później okaże, przywidzenia skręca nad jezioro. 
Ledwo uchodzi stamtąd z życiem.
Wycieńczona ucieka do biura, w którym pracuje Grzegorz. Tam dokonuje makabrycznego odkrycia! 
Jednak prawda może okazać się jeszcze gorsza...




          Tego dnia wróciłam z uczelni bardziej znużona niż zwykle. Zaraz też weszłam na Gadu Gadu. Kilka godzin temu padła mi bateria w telefonie i straciłam kontakt ze światem. Najbardziej dała mi się we znaki tęsknota za narzeczonym. Grzesiek pracował w biurze ubezpieczeń, codziennie od dziewiątej do siedemnastej.
          Miał status ZW. Nie przejęłam się tym, ponieważ mógł mieć klienta. Zrobiłam sobie zupkę chińską i cierpliwie czekałam.
          Jednak minęła godzina, a potem kolejna i nic sie nie zmieniło. Po minucie gorączkowego myślenia, postanowiłam, że jednak do niego napiszę. Może zwyczajnie siedział obok komputera i nie robił nic szczególnego, a statusu nie zmienił, bo zapomniał. Tak, na pewno o to chodziło. Nie zauważył, że już jestem, dlatego się nie odzywał. W taki sposób sama siebie uspokajałam, bowiem zaczynałam odczuwać coraz większe zdenerwowanie.
          Wprowadziłam plan w życie. Wpisałam trzy literki, które ułożyły się w słowo „hej“ i wcisnęłam enter. Poleciało.
          Nic. Cisza. Zero odpowiedzi. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko czekać dalej.
Zbliżała się siedemnasta. Fakt ten wywołał uśmiech na mojej twarzy. Grzesiu zaraz będzie zamykał, więc zobaczy moją wiadomość i odpowie. 16.59 – serce waliło mi coraz mocniej i mocniej. Siedemnasta minęła bez zmian. To jeszcze nie tragedia. Czasem wychodził pięć albo dziesięć minut później. Widocznie musiało zatrzymać go coś ważnego. Martwiłam się. Nie potrafiłam zdefiniować przyczyny, ale czułam bezgraniczny strach i panikę. Kiedy o wpół do szóstej wciąż milczał i nie wyłączał komputera, bardzo się zdziwiłam. Panika narastała. Chwyciłam komórkę, która zdążyła się już naładować, i wybrałam jego numer...
          W tej samej chwili w głębi kuchni usłyszałam znajomy dzwonek. Pobiegłam w tamtą stronę, przekonana, że za chwilkę Grzesiek wyskoczy zza drzwi i oboje uśmiejemy sie do rozpuku z jego głupiego, dziecinnego żartu.
          Niestety... Zawiodłam się. Ukochanego tam nie było. Był za to, na stole, jego czarny Samsung. Widocznie zapomniał go rano.
          Wróciłam przed komputer. Przy nazwie „kochanie“ wciąż widniało złowieszcze „zaraz wracam“. Dochodziła szósta. To do niego niepodobne! Przestraszyłam się nie na żarty. Nigdy nie musiał tak długo zostawać w pracy. W dodatku nie wiedziałam, co się dzieje.
          Nasze mieszkanie było w centrum miasta, zaś biuro na obrzeżach. W jakieś dwadzieścia minut byłabym na miejscu. Nie zwlekałam.

          Chwyciłam za kurtkę, torebkę i kluczyki od samochodu. Wybiegłam na parking. W roztargnieniu skręciłam w złą stronę i już przeraziłam się, że ukradli mi auto! Ale szybko spostrzegłam swój błąd i po krótkiej chwili siedziałam za kółkiem.
          Jak na złość silnik nie chciał zaskoczyć! Przeklęty stary gruchot! Rzęził, krztusił się, ale nie zapalał. Walnęłam z furią w kierownicę, po okolicy rozległ się głośny dźwięk klaksonu, aż podskoczyłam ze strachu. W oczach pojawiły się łzy...
          Wszystko dzisiaj szło nie tak! Najpierw zawaliłam ważny egzamin poprawkowy z zeszłego semestru, potem w supermarkecie, po półgodzinnym staniu w kolejce, okazało się, że moja karta ma jakiś błąd i nie łączy sie z bankiem, nie miałam gotówki, więc purpurowa ze wstydu odłożyłam towary na półkę. Później ta akcja z Grzegorzem, a teraz na dokładkę jeszcze ten złom!
          Mimo wszystko raz jeszcze przekręciłam kluczyk...
          Silnik ożył z niezdrowym rykiem. Ruszyłam. Walcząc ze skrzynią biegów, wrzuciłam dwójkę i włączyłam się do ruchu.
          Nie ma co gadać, spieszyłam się i to bardzo. Jeśli teraz Grzesiek zdecydował się wrócić do domu, to bardzo łatwo mogliśmy się minąć. Jak na złość, zgodnie z powiedzeniem, że jeśli danego dnia spotkał cię pech, to spodziewaj się większego, utknęłam w piętnastometrowym korku na jednym z głównych skrzyżowań miasta. Szlag by to...! Kiedy po dwudziestu minutach mogłam swobodnie jechać dalej, wybrałam boczne uliczki, aby ponownie nie wpakować się w coś podobnego.
          Od celu dzieliły mnie mniej niż dwa kilometry, gdy nagle po lewej stronie drogi ujrzałam Grześka! Tak mi się bynajmniej zdawało: ta sama sylwetka, chód, ubranie... Zniknął na leśnej ścieżce prowadzącej nad jezioro. Bardzo się spieszył. Po co, do cholery, tam szedł?! Przecież wiedział, że na niego czekam! A może... Nie, nie on... Kochanka? Nie, to na pewno nie w jego stylu... Na wiosnę mieliśmy się pobrać, więc wątpiłam, że skusiłby się na coś równie szalonego. Musiałam się przekonać, co ciągnie go nad jezioro w ten zimny październikowy wieczór. Dochodziła siódma, ściemniało się.
         
          W szybko zapadającym mroku widziałam go coraz gorzej, ale niezłomnie podążałam dalej. Nagle zniknął za zakrętem... Moim oczom ukazała się plaża i samotny pomost, którego stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia. Mojego narzeczonego nigdzie nie było. Zupełnie jakby zapadł się pod ziemię, co ze względu na znacznie odsłonięty teren i krótką odległość nas dzielącą, było niemożliwe. Wysiadłam z samochodu, nie gasząc świateł. Naprawdę było już ciemno.
Obeszłam całą polanę i obrzeża lasu wołając jego imię. Odpowiedziała mi cisza. Dalej nie śmiałam się zagłębiać. Nagle zdjął mnie lęk. Atmosfera tego miejsca lęk ten jeszcze pogłębiała. Tknięta niedobrym przeczuciem, że mógł wpaść do wody, przeszłam pomostem. Nigdzie ani śladu żywej duszy. Zatrzymałam się na końcu. Woda spokojnie stała, muskana delikatnymi falami. Wiał chłodny, jesienny wietrzyk. Rozejrzałam się wokół... Byłam całkiem sama. Usłyszałam szmer i momentalnie odwróciłam się do brzegu. Coś się działo! Coś złego!
          Koszmar! Mój samochód wolno staczał się do wody! Jak to?! Przecież doskonale pamiętałam, że zaciągnęłam ręczny, a w dodatku zaparkowałam jeszcze daleko przed wzniesieniem – na płaskim terenie! Byłam tego pewna w stu procentach. Zerwałam się i pobiegłam w tamtą stronę, istniały szanse, że jeszcze zdołam zapobiec katastrofie! Nie uśmiechało mi się iść dwa kilometry do ulicy. Cóż za pechowy dzień, nosz k...!
          Poślizgnęłam się w połowie drogi i upadłam. Niecały metr a wylądowałabym w wodzie. Brrr! Wstałam i ruszyłam dalej...
          Nagle z każdym moim kolejnym krokiem zaczęły łamać się deski, z których dopiero co zeszłam. Jedna po drugiej trzaskały z hukiem, gdy tylko zdjęłam z nich stopę. Zupełnie jakby coś dużego i ciężkiego spadało na nie z wysoka. Mój niewinny bieg do brzegu przerodził się w walkę o życie. Zerwał się paskudny wiatr i zaczęło kropić. Pomost trzeszczał w posadach, jakby zaraz miał się zawalić. Brakło mi tchu, gdyż serce panicznie łomotało w piersi. Chciałam na chwilę przystanąć, żeby złapać oddech, ale poczułam pod stopami pękające drewno i w ostatnim momencie rzuciłam się do przodu... Uff... Mało brakowało.
          Wraz z tą myślą stało się coś, czego nijak nie potrafiłam wytłumaczyć. Moja racjonalna psychika była w stanie wytłumaczyć staczające się z góry auto. Może źle zapamiętałam, gdzie go zostawiłam? Może linka ręcznego pękła? Boże! Może nie byłam tu sama?! Równie dobrze mogłam wytłumaczyć łamiące się deski, w końcu konstrukcja miała kilkanaście lat, nieodnawiana pewnie zgniła i stąd ta cała heca... Tak myślałam, aż do chwili, kiedy trzy metry przede mną pękła deska pierwsza z brzegu. To nie było logiczne... Potem w ekspresowym tempie dołączała do niej kolejna i kolejna. To do cholery nie było zupełnie logiczne! Niepewnie stąpałam krok po kroku. Powoli kończyły mi się ruchy. Może jeszcze metr, a potem co?
          Chwila nieuwagi i zamyślenia wystarczyła. Usłyszałam suchy trzask i nogi się pode mną zapadły. Próbowałam jeszcze chwycić się czegokolwiek, lecz nadaremno. Z wielkim pluskiem, który w panującej wokół ciszy odbił się potężnym echem, wpadłam do wody...
        
          Poczułam niewyobrażalne zimno i wstrząsnął mną dreszcz. Nie to jednak było najgorsze.           Zdezorientowana nie zdążyłam nabrać powietrza, w nosie miałam wodę, która gładko dostała się do gardła. Zanurzałam się coraz bardziej, nie mogąc sięgnąć dna... W tym miejscu poziom wody sięgał może dwóch metrów, nieszczególnie głęboko, jeśli umiesz pływać... Ja nie umiałam! To potęgowało odczucie końca.
          Przed oczami stanęło mi kilka pięknych chwil z życia. W gardle drapało, zachłysnęłam się i bezwiednie otworzyłam usta... W górę uleciały bąbelki powietrza... A więc to tak wygląda śmierć? Czułam niemoc w każdej części ciała. Najpierw nogi odmówiły mi posłuszeństwa, potem ręce, które coraz słabiej młóciły dookoła. Coś zaciskało swe szpony na mojej klatce piersiowej... To bolało i piekło! Zaczęłam tracić świadomość, kręciło mi się w głowie, piszczało w uszach. Zimno przenikało do szpiku kości... Śmierć wcale nie jest piękna, wbrew ogólnym opiniom.
         
          Jakaś część mnie przedarła się do mózgu i krzyknęła: „Jesteś za młoda, żeby umierać! Masz dopiero dwadzieścia dwa lata, dwadzieścia dwa lata kobieto! To nie czas na śmierć, tym bardziej taką śmierć!“.
          Dosłownie na chwilę odzyskałam czucie w kończynach i prawą stopą wyczułam miękkie dno! Niebiosa czuwają? Odepchnęłam się mocno i wyskoczyłam w górę. Przez kilka sekund, zanim ponownie się zanurzyłam, zdołałam wypluć z ust wodę i błyskawicznie zaciągnąć powietrza. Tym razem energia kinetyczna sprawiła, że szybciej osiągnęłam dno i ponownie wystrzeliłam w górę. Przez kilka sekund łapczywych oddechów, waliłam rękoma gdzie popadnie, a nóż widelec, to mi pomoże? Obraz śmierci odszedł w niepamięć, a na jego miejsce pojawiła się nadzieja. Nie na długo...
Za trzecim razem, kątem oka zauważyłam, że samochód toczy się po pomoście (po drugiej stronie – tej dobrej). Za czwartym nabrał prędkości... Za piątym był już całkiem blisko i zanosiło się na to, że zaraz na mnie spadnie... Teraz, po tej heroicznej walce o tlen, miałam utonąć pod ciężarem własnego samochodu?! Sekundy mijały... Przy ponownym wynurzeniu ujrzałam jak przednie koła trafiają na nicość i ciężar czarnego sedana przenosi się na przód... Auto zaczęło spadać...
         
          Nie pamiętam, jak tego dokonałam... ale ocknęłam się na brzegu. Mokra, zmarznięta, wstrząsana dreszczami, wyczerpana i bez samochodu. Ostry wiatr chłostał mnie w twarz, ubranie sztywniało od zimnego powietrza. Leżałam na wznak, ciężko oddychając, nie mając siły na żaden ruch. Drzewa szumiały złowrogo. Z prawej strony słyszałam ciche szuranie. Jakby ktoś się zbliżał...
Naprawdę nie miałam siły... Chyba ostatkiem, sięgnęłam do kieszeni po telefon. Chociaż znając dzisiejszego pecha, pewnie nie będzie zasięgu...
          Och! Pobożne życzenie! W ogóle nie było telefonu! Musiał mi wypaść, tam w wodzie. Szuranie zbliżało się coraz bardziej. Gdzieś niedaleko złamała się gałązka... Zamknęłam oczy i zaczęłam liczyć do dziesięciu, ale odgłosy tylko narastały. Otworzyłam oczy wielkie z przerażenia, ale w tej ciemności nie mogłam nic dostrzec. Na czole skroplił się pot, a na przedramiona wystąpiła gęsia skórka. Zamknęłam umysł na wszelkie doznania cielesne i rzuciłam się do ucieczki.
          Po około trzech metrach dobiegł mnie z tyłu potworny łoskot i plusk. Pomost się zawalił.
          Na skraju lasu, nagły podmuch wiatru cofnął mnie z powrotem na polanę. Potknęłam się piętą o korzeń i spadłam na plecy. Głowę przeszył mi ból, przed oczami stanęły mroczki. Palce natrafiły na gęstą i lepką ciecz. Miałam dość spore rozcięcie na potylicy. Znów usłyszałam kroki. Ogarnęła mnie jeszcze większa słabość, ale zdołałam wstać i chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę miasta. Wiatr całkowicie zmienił kierunek i przybrał na sile. Z trudnością przedzierałam się przez powietrzną ścianę. Definitywnie chciał mnie rzucić znów na otwarty teren, wzbraniał schronienia między drzewami. Jakaś nienaturalna siła pchała mnie w miejsce, z którego ledwo uszłam żywa.
          Parłam dzielnie do przodu, choć piasek i igliwie sypały mi w twarz. Deszcz niemiłosiernie zacinał... Widziałam tylko to, co przede mną i to dość niewyraźnie. Po bokach ciemniały wysokie cienie drzew. Droga była nieco jaśniejsza. Miałam tylko nadzieję, że w tej ciemności nie pomyliłam stron i szłam w dobrym kierunku. Z wyciągniętymi przed siebie rękoma musiałam wyglądać jak lunatyk. Szłam i szłam, a zbawiennych świateł ulicy nie było widać. Co prawda posuwałam się bardzo wolno, było tu pełno nierówności, dołów i korzeni.
          Właśnie przez gruby wystający korzeń, znowu się potknęłam. Upadłam na kolana, czując jak małe kamyczki rozcinają skórę. Ręce poharatałam aż po łokcie. Słabłam z minuty na minutę. Próbowałam się podnieść, lecz bezskutecznie. Musiałam chwilę odpocząć...
          Wsłuchałam się w otoczenie. Poza wiatrem i deszczem nie słyszałam niczego. Kroki, szuranie, to wszystko ucichło. Zaśmiałam się w duchu, przecież to i tak tylko wytwory mojej wyobraźni. W takim miejscu jak to i po takich przeżyciach można sobie wmówić cokolwiek i będzie się w to święcie wierzyło, wystawiając na próbę swoje zdrowie psychiczne. Usiadłam i wybuchłam śmiechem. Przecież to było tak niedorzeczne, tak groteskowe, że aż wstyd się komukolwiek przyznać, iż sama siebie zdołałam tak nastraszyć!
          Oddychałam wolno i głęboko. Serce powoli się uspokajało. Deszcz zmniejszył intensywność. Wiatr również zdawał się ustawać. Nie wiedziałam, ile czasu minęło. Grzesiek pewnie dawno wrócił do domu i zachodził w głowę, gdzie też się podziewałam. Musiał martwić się tak samo, jak ja wcześniej.
         
          Grzesiek! Prawie zapomniałam! Skoro to nie jego widziałam na tej drodze, to kogo? Facet musiał zauważyć, że za nim jadę i ukrył się w krzakach. Potem spuścił mój samochód, żebym nie mogła uciec i żeby zatrzeć ślady... To niegłupi pomysł! A skoro był ze mną tam, to teraz też jest gdzieś niedaleko. Obserwuje zdobycz i obmyśla plan... Pieprzony gwałciciel! Muszę uciekać! To przestało być zabawne!
          Odwróciłam się i chciałam wstać, ale dostrzegłam cień przed sobą... Bardzo blisko. Stał na wyciągnięcie ręki. Szybko się podniosłam, żeby nie leżeć na ziemi jak ofiara, tylko w razie czego móc się bronić.
Spojrzałam w jego twarz...

- Grzesiek?!

          Nie wierzyłam własnym oczom. Pomimo mroku, dokładnie widziałam każdy szczegół. Te same niebieskie oczy, lekko skrzywiony nos, zarys szczęki i kości policzkowych... Ta sama kurtka i koszula, w której widziałam go rano. Nie myślałam już o gwałcicielu – mordercy. Przede mną stał mój narzeczony. Niemożliwe! Wyciągnęłam rękę. Musiałam przekonać się, że jest prawdziwy, że nie jest majakiem spowodowanym gorączką! Wiatr zawiał mi w plecy. Zachwiałam sie i poleciałam do przodu...
          Dłoń natrafiła w pustkę. Grzegorz zniknął! Wpadłam na drzewo...
          Przeżegnałam się prędko. Działo się coś dziwnego! A poza tym czułam jak gorączka rozpala mi czoło. Zebrałam resztkę sił i pobiegłam...

          Nie zatrzymywałam się ani na chwilę. Czułam się osaczona i ścigana własnym szaleństwem. Dojrzałam światła i pognałam jak głupia. Potykałam się co chwilę i nie mogłam złapać tchu. Zdyszana dusiłam się i zbierało mi się na wymioty...
          Kiedy moja stopa dotknęła asfaltu, rzuciłam się na ziemię. Szaleńczy śmiech wypłynął mi z ust, a zaraz potem wybuchłam histerycznym płaczem. To było jak sen! Po przeżyciach nad jeziorem i w lesie wydawało mi się, że jestem w innym świecie.
          Deszcz przestał padać i wiatr zupełnie ustał. Po drugiej stronie ulicy spacerowało młode małżeństwo z dwójką dzieci. Starszy chłopiec pchał wózek z niemowlakiem, a rodzice gawędzili wesoło. Trzech nastolatków śmignęło koło nich na rowerach. Niedaleko mnie staruszek o lasce wyprowadzał na smyczy - równie jak on - starego kundelka. Z tyłu wyraźnie widziałam jak obaj kurczą się w sobie pod ciężarem lat. Były i inne osoby. Co rusz przejeżdżał samochód albo skuter.
Każdy rzucał na mnie ukradkowe spojrzenia i przyspieszał. Musiałam wyglądać strasznie! Cała mokra, potargana, brudna, z podartymi ciuchami i widocznymi przez dziury zadrapaniami. I ta krew na włosach i rękach! Leżałam na ulicy jak pijany menel spod monopolowego. Nic dziwnego, że w oczach przechodniów widziałam wstręt.
          Staruszek z psem zawrócił. Kiedy mnie spostrzegł, paroma śpiesznymi krokami przeszedł na drugą stronę ulicy. Tam wyciągnął telefon i przyłożył do ucha...
          Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że prawdopodobnie dzwoni na policję. Zmobilizowałam raz jeszcze resztkę sił i ciężko podniosłam się na nogi. Nie mogłam tu tkwić i czekać, aż zwiną mnie na posterunek. Do domu było daleko. Pieniędzy na miejski nie miałam. Zdecydowanie bliżej i łatwiej było dojść do biura. Co prawda Grzegorz raczej już tam nie siedział. Nawet jeśli, to tam bynajmniej mogłam zaszyć się z tyłu budynku i spokojnie odpocząć, wtedy wymyślę, co robić dalej.

          Gdy skręciłam w tę uliczkę zdecydowanie przyspieszyłam kroku! W oknach paliło się światło! Jednak Grzesiek wciąż tam był! Nie zamierzałam zastanawiać się nad dziwnością tego zjawiska i możliwymi niewygodnymi dla mnie przyczynami. Było mi zimno, chciałam jak najszybciej znaleźć się w środku, skoro już wiedziałam, że w biurze ktoś jest i mam się gdzie schronić.
          Jednak im bliżej podchodziłam, tym bardziej dręczyły mnie myśli. Co się stało? Co on tam robił? Dlaczego nie wrócił do domu? Co przede mną ukrywał?
          Przeszłam przez ulicę i przez masywne, dębowe, dwuskrzydłowe drzwi weszłam do holu. Z wielkim wysiłkiem, ale napędzana adrenliną z powodu jego tajemnicy, wspięłam się po schodach na piętro. Na drzwiach po lewej stronie, tuż pod tabliczką „UNŻ Ubezpieczenia“ z godzinami otwarcia, wisiała kartka z napisem, który zjeżył mi włoski na karku... „ZARAZ WRACAM“ krzyczała czerwonymi literami aż z daleka. Nie było to bynajmniej jego pismo...
          Przestraszyłam się. Och, nie obawiałam się, że coś się stało, o nie... Raczej mój strach miał inne podłoże, bardziej osobowe. Grzegorz musiał być bardzo, ale to bardzo czymś, lub kimś!, zajęty. Narastała we mnie irytacja, frustracja i złość! Cały dzień był jedną wielką pomyłką, a teraz miał się skończyć wręcz koncertowo!
          Z przekonaniem, że drzwi i tak są zamknięte od środka, szarpnęłam klamkę... O dziwo, ustąpiła! W głowie dokładnie widziałam obraz, który zaraz ujrzę... On z jakąś panienką w niedwuznacznej sytuacji. Speszone miny, pośpieszne ubieranie i jego słowa, nic niewarte banały, których i tak nie będę słuchała. Zebrałam się w sobie i przekroczyłam próg...

- O boże!!! - Wyrwało mi się. - Nie, nie, nie! Tylko nie on! Nie ty!!! Grzesiek! Grzesiek! Boże, nie!!! Dlaczego, kurwa, dlaczego?! Coś ty zrobił?!

          Takiego widoku się nie spodziewałam! Po stokroć wolałabym tę pieprzoną kochankę... Ale to? Nie, nie, nie...
          Wszędzie dookoła było czerwono od krwi. Biurko, a na nim dokumenty, segregatory i zeszyty uwalane były od krwi. Lepka maź pokrywała klawiaturę i cały ekran monitora. Strugi zasychającej wydzieliny oblepiały bok mebla. Grzesiek siedział odwrócony do zasłoniętego okna. Prawy rękaw białej koszuli przesiąknięty był czerwienią.

- Kochanie, co tu się stało?
          Nie odpowiadał. Spytałam ponownie podnosząc glos... Zero reakcji. Dopiero po chwili zorientowałam się, że głowę miał pochyloną, a ramiona skulone. Cokolwiek tu się wydarzyło musiał być w szoku! Podeszłam do niego. Na podłodze widniały rozmazane krwawe smugi i niewielka kałuża. Fuj! Musiałam w to wdepnąć, nie było innej drogi. Delikatnie dotknęłam jego ramienia...

- Grzesiu, kochanie...

          W pierwszym ułamku sekundy, zdziwiło mnie to, jaki jest zimny i jakiś taki... sztywny? Potem odskoczyłam z przerażenia! Poślizgnęłam się i upadłam, wprost w kałużę krwi... Jego krwi!!!
Widocznie musiałam pociągnąć go do siebie, gdyż ciało odchyliło się na oparcie, a głowa opadła... Co ja gadam! Głowa prawie odpadła! Wisiała pod bardzo dziwnym kątem, trzymając się na kilku tylnych i kilku prawych ścięgnach... Ktoś poderżnął mu gardło! Cały przód koszuli i spodnie zdobiła zaschnięta krew. W miejscu jego szyi ziała ogromna ciemna, krwawa dziura... Skórę miał niewyobrażalnie wręcz szarą, a na twarzy to prawie białą... Usta ciemne. Wyglądał trochę jak klaun z amatorskim makijażem. Piękne niebieskie oczy, które tak mnie zawsze zachwycały, były zasinione, puste i mętne. Pozostały wybałuszone ze strachu... Gdy w nie spoglądałam przechodziły mnie dreszcze… Mimo pustki były takie przenikające, straszne, zionęło z nich zło. A jednocześnie gdzieś w ich głębi krył się ból...
          Nie śmiałam się ruszyć! Tego było dla mnie za wiele. Pomyślałam, że mam halucynacje. Chciałam przetrzeć oczy dłonią... Wtedy zobaczyłam krew! Zakręciło mi się w głowie i pociemniało w oczach...

          Ocknęłam się po jakimś czasie. Zegar koło drzwi wskazywał dwudziestą drugą. Nie bardzo pamiętałam, gdzie jestem. Leżałam na wznak. Ubranie kleiło się od czegoś, co w niektórych miejscach zdążyło już zaschnąć, tworząc sztywną skorupę... Sztywną? O boże! Grzesiek! Proszę, żeby to był tylko sen...
          Usiadłam z zamkniętymi oczami. Wypowiedziałam jego imię, ale nikt nie odpowiedział. Z drżącym ciałem i mocno bijącym sercem, otworzyłam jedno oko... Znów zrobiło mi się słabo, a głowę ogarnęła ciemność. Chwyciłam się ściany i policzyłam do trzech...
          Był tam nadal. Nadal martwy. A te oczy...
          Nie wytrzymałam. Rzuciłam się do niego i je zamknęłam, nie mogłam znieść tej przenikającej, pełnej bólu pustki, tego zła, które z nich wypływało...
          Po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że on umarł. Już nie wróci - to nie żart... Łzy napłynęły mi do oczu. Niewiele myśląc zdjęłam swoją mokrą kurtkę i zakryłam zwłoki, przynajmniej tyle ile się dało.
          Zadzwoniłam na policję i poczekałam na korytarzu...

          Przyjechali chyba w dziesięć minut. Zaraz potem zjawiła się karetka i karawan. To była długa noc...
          Dostałam koc i kubek ciepłej herbaty. O zastrzyk uspokajający też nie musiałam prosić. Opatrzyli mi ranę na głowie i poturbowane kolana i ręce. Na szczęście rany były powierzchowne. Policjanci zrobili oględziny, zabezpieczyli ślady i zapieczętowali drzwi. Potem wzięli mnie na komisariat. Byli bardzo ciekawi, dlaczego jestem taka poturbowana, co wiem o zdarzeniu, dlaczego jest tam tyle moich śladów i czemu zwlekałam z telefonem...
          Chyba podejrzewali mnie o morderstwo...

          Trzymali mnie do rana, nie zwracając uwagi na moje wycieńczenie i załamanie. Maglowali w kółko tymi samymi pytaniami... Odpowiadałam cierpliwie, tłumaczyłam, ale zdawali się być głusi. Zawsze, gdy dochodziłam do wydarzeń znad jeziora, spoglądali na mnie jak na wariatkę i rzeczowym tonem oświadczali, że badają tę sprawę. Moje pytania, kiedy mnie wypuszczą, zbywali jakimiś tanimi frazesami, typu: jeszcze jedno chcemy wyjaśnić, albo: musimy poczekać na wyniki śledztwa z lasu. Irytowało mnie to. Ledwo trzymałam się na nogach, oczy same się zamykały, żołądek kanonadą żenujących dźwięków domagał się jedzenia, coraz trudniej zachowywałam przytomność umysłu. Dochodziła trzecia. Widząc, że nic sensownego już ze mnie nie wycisną, zaoferowali mi kozetkę w celi, żebym trochę wypoczęła. Najchętniej zaśmiałabym się im prosto w twarz!

- Czy jestem aresztowana?
- Na tym etapie śledztwa ciężko cokolwiek powiedzieć... - Odparł gruby komisarz z fajką w ustach.
- Czy jestem aresztowana?
- Powiedziałem już pani...
- To niech pan mi powie jasno! Czy jestem aresztowana?
- W świetle prawa to...
- Nie, nie jest pani aresztowana. - Powiedział drugi.
- W takim razie, chciałabym...
- Panie komisarzu! Właśnie wrócił patrol z lasu! - Powiedziała ciemnowłosa policjantka, która podekscytowana wpadła do pokoju.
- W tej sytuacji wydaje mi się, że musi pani jeszcze poczekać. Adam idziemy.

          No cóż... Zostałam sama ze swoimi ponurymi myślami...

          Po pół godzinie dobiegła mnie zza drzwi głośna wymiana zdań. Dwaj śledczy, którzy prowadzili przesłuchanie, wyraźnie byli czymś poruszeni.
          Drzwi otworzyły się z rozmachem i obydwaj wtargnęli do sali.

- No to dużo się wyjaśniło, proszę pani!
- To znaczy? Znaleźliście coś?! - Spytałam.
- Owszem.
- Ale nie będzie pani zadowolona. - Dodał gruby.
- Chcielibyśmy jeszcze raz panią przesłuchać.
- Ale jak to?! Przecież już powtarzałam to kilka razy!
- Mamy nowe dowody. - Gruby uśmiechnął się złośliwie.
- Eh, dobrze... miejmy to już za sobą...

          Istotnie tym razem przedstawili całe zdarzenie w zupełnie inny sposób. Zaczęłam się gubić. W głowie aż mi huczało od nowych informacji. Zupełnie jakby ktoś przywalił mi obuchem.

- Tak więc, widzi pani, że teraz wygląda to zupełnie inaczej. - Powiedział Adam.
- Jest pani aresztowana pod zarzutem popełnienia przestępstwa z artykułu 148, paragraf 2, punkt pierwszy kodeksu karnego, tj. popełnienia morderstwa ze szczególnym okrucieństwem. Od tej chwili wszystko, co pani powie może zostać użyte przeciwko pani. Przysługuje pani również prawo do adwokata, jeżeli nie posiada pani swojego, zostanie pani przydzielony obrońca z urzędu... - rzekł gruby.

          Patrol działający w lesie i nad jeziorem przedstawił wiele faktów, które mnie zszokowały. W ciemnej, chłodnej celi mogłam jeszcze raz na spokojnie wszystko przemyśleć...
          Po pierwsze, co wydało mi się absolutnie niedorzeczne, nie znaleźli ani wraku samochodu na dnie jeziora, ani żadnego samochodu w pobliżu, ani nawet śladów, które wskazywałyby na to, że pojechałam tam autem.
          Okazało się, że cały wieczór mój sedan stał na parkingu a ja ani razu się do niego nie zbliżyłam, co widać na kamerach monitoringu.
          Po drugie... Uwaga! Na miejscu nie stwierdzili jakoby pomost się zawalił lub uszkodził. Był w nienagannym stanie a wszystkie deski były na swoim miejscu... Mój umysł nie potrafił przyjąć tego do wiadomości. To niemożliwe! Pamiętam, co widziałam i jak ledwo co uszłam śmierci!
          Po trzecie, ludzie, którzy widzieli mnie na ulicy (w tym staruszek z psem, który wezwał policję) zeznali, iż leżałam u wylotu drogi poturbowana, z zakrwawionymi rękami i brudnymi od tejże krwi ubraniami. A przecież dopiero później, w biurze, zachlapałam je, kiedy zemdlałam. Mało tego, znaleźli się również świadkowie twierdzący, że widzieli jak idę pieszo (!) w stronę jeziora cała upaćkana czerwoną substancją, nie reagując na nawoływania, widocznie pogrążona w szoku.
          A po czwarte, w krzakach przy leśnej drodze znaleźli zakrwawiony nóż. Krew należała do Grzegorza, zaś odciski palców wskazywały, że to ja go zabiłam...
Nie rozumiałam z tego kompletnie nic...

+++

Zapraszam do komentowania! Jeśli się podobało napiszcie. Jeśli nie dało się czytać, też napiszcie, a co mi tam! A tak na poważnie... Konstruktywna krytyka mile widziana, albowiem jestem tylko nędznym człowieczkiem, dla którego popełnianie błędów to część natury. :)

+++

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabraniam kopiowania i udostępniania tekstu bez mojej zgody. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz